niedziela, 3 lutego 2013

Śnieg, deszcz i mgła

Popadało u nas trochę dwa tygodnie temu. Taka mała wizualizacja ile może napadać przez kilka dni (w ogródku u rodziców mam takie małe mierniczki śniegu)


Nie mniej jednak udało mi się pobiegać (jak już pług śnieżny przejechał kilka razy). Łydki bolały mnie potem jeszcze 3 dni. Czułam się jak po maratonie w Paryżu gdy przez 2 dni schodziłam po schodach tyłem. Chwilowo zrezygnowałam zatem z torturowania łydek na zewnątrz i ćwiczyłam aeroby i jogę w zaciszu salonu.

W sobotę w ramach sesji mieliśmy mało zajęć. W związku z tym zapakowałam biegowe wdzianko z planem pobiegania po Warszawie. Wiadomo, w mieście cieplej i chodniki jako tako odśnieżone. Szkoda tylko, że zapomniałam o butach. Wieczór był cudnej urody z księżycem w pełni i skrzącym się mrozem. Odbiłam sobie w niedzielę po powrocie do domu. W międzyczasie znowu popadało. Nie chcąc wyeliminować łydek na kolejne kilka dni założyłam Vibramki. Bez skarpetek (jeszcze nie dorobiłam się biegowych palczatek). Jak szaleć to szaleć. Naciągnęłam getry ile się dało. W pierwszej chwili palce zdębiały (górna część VFF to przewiewna siateczka), ale gdy tylko zaczęłam biec stopy rozgrzały się i zimno w ogóle mi nie przeszkadzało.  Już rozważałam zakup Yaktraxów aby móc śmigać spokojnie po śniegu a tu się okazuje, że mam doskonałe buty na takie okazje. Vibramki pięknie trzymały się nawierzchni. Wcale nie ślizgały się na pokrytej lodzie drodze ani na cieniutkiej warstewce śniegu która tam zalegała. Biegło się lekko i przyjemnie. Tylko zimno. W połowie drogi słońce zaszło i temperatura gwałtownie spadła do -18C. Zanim dobiegłam do domu mróz szczypał w uda dość boleśnie.


W ubiegłym tygodniu znowu popadało ale dla odmiany deszczem. Nie zrażona naciągnęłam VFF i poszłam ... pływać. Roztapiające się tony zalegającego śniegu tworzyły wieeelkie kałuże. Już po pierwszym kilometrze miałam przemoczone buty i skostniałe stopy. Rozsadek wziął górę i po 2,5km wróciłam do domu.

W środę dla odmiany dopadła nas mgła. Widoczność na ok 40m. Biegało sie jak na Biegunie. Tam w niewidocznej niedalekiej oddali są drzewa, domki i inne.



Wczoraj nie ryzykowałam i przeprosiłam się z Nike'ami. Zrobiliśmy bardzo przyjemne 7km.  Oj, do tyłu jestem z kilometrażem pod ten półmaraton, ale nic na siłę. Po 2-letniej przerwie nie zacznę nagle robić 15 kilometrowych wybiegań. Bieganie za Tygrysem dostarcza całkiem dobrego treningu. A propos dziecięcia. Dołączył do grona Homo Erectus. Jest jak lokomotywa. Zaczyna powoli, ale raz rozpędzony nie daje się zatrzymać. Moja krew


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz