poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Cienka jestem jak przysłowiowy zadek węża

Zdjecie: fotomaraton
Tygrys zapewnił mi 4 dni wypoczynku po porażce półmaratonowej (nie było jak wyjść na wybieganie, o śniegu nie wspominając, dodatkowo w poniedziałek Wielkanocny Tygrys został ochrzczony). Za 2 tygodnie sztafeta, a ja nadal w proszku. Stresuję się, bo teraz nie chodzi tylko o bieganie dla siebie i jak nie wyjdzie to nie będzie to tylko sprawa pomiędzy mną i sumieniem biegacza. Tym razem odpowiadam przed całą grupą ludzi, którzy dadzą z siebie wszystko i nie mogę ich zawieść. A ja taka wolna jestem. 

Na te 4 tygodnie (licząc od półmaratonu) oddałam się w ręce Matta Fitzgeralda i jego treningu mózgowego na 5km. I tak przez ostatnie półtora tygodnia robiłam kilometrówki w tempie na 5k, i interwałki 1M, 1k, 600m, 300m w różnych tempach i wybiegania po 8km. 

Wnioski są następujące:

1) po pierwsze primo marniutko. Ja nie umiem biegać szybko. I to raczej nie jest nawet kwestia niezdolności ciała, ale raczej ducha. Coś mi się tam w głowie blokuje i poddaję się przy pierwszych trudnościach. Chyba trzeba będzie połączyć Chirunning z Brain Training aby to pokonać. 

2) rozciąganie, rozciąganie, rozciąganie. Mięśnie zadkowe mam tak spięte, że pomimo rozciągania to po biegu łapią mnie czasem takie skurcze z prawej strony, że nie mogę stanąć na prawej nodze. Do tego dokłada się też fakt, że Tygrysa noszę na lewym biodrze i przez to chodzę krzywo. A że Junior przechodzi znowu lęk separacyjny przez moje wyjazdy na studia to tego noszenia trochę jest. Więcej jogi. 

3)  słabe mięśnie pośladkowe i przywodziciele, i brzucha i grzbietowe. Chcesz biegać lepiej to zacznij  wzmacniać mięśnie. 

4) Po szybszym biegu znowu odzywają się kolana. Dzięki Chirunning nauczyłam się lepiej wsłuchiwać w to, jak działa moje ciało i wszelkie bolączki zaczęłam traktować jako sygnał ostrzegawczy, który trzeba przeanalizować a nie zignorować. Z reguły boli lewe kolano, ale to jest chyba wynik (przynajmniej częściowo) złego ustawiania stopy. Gdy tylko zaczyna boleć podczas biegu to staram się korygować jej ustawienie poprzez delikatną rotację kolana do wewnątrz i przechodzi (to pewnie pozostałość po złamaniu piszczela sprzed nastu lat, po którym dość długo chodziłam na zewnętrznej krawędzi stopy). Myślę też, że współwinowajcą jest tu ITBS (syndrom pasma biodrowo-piszczelowego). Zaczęłam więc robić te ćwiczenia

Źródło http://www.medicycling.eu

5) I jeszcze jakby tak dało się dobę o jakieś 4-5 godzin rozciągnąć to już w ogóle byłoby super. Nie lubię robić czegoś połowicznie, a ostatnio wszystko właśnie tak się odbywa. Niestety, ale studia zajmują sporo czasu, a nie chcę by cierpiał na tym Junior, więc "swoimi" rzeczami zajmuję się dopiero gdy Wielmoży pogrążony jest we śnie ( a to wcale nie tak dużo czasu). Na szczęście (czy wyglądaliście dziś za okno?) robi się cieplej. A to oznacza inaugurację sezonu wózkowego. Przestanę być uzależniona od osób trzecich, które musiałyby zostać z Tygrysem, bym ja poszła pobrykać. Junior dostał też fotelik rowerowy, co wzbogaci moje treningi o wycieczki rowerowe z latoroślą. Na razie trenujemy noszenie kasku na sucho, co niezbyt przypada mu do gustu.

poniedziałek, 25 marca 2013

Jest życiówka...

... to było najwolniejsze i najtrudniejsze półmaratonu jakie do tej pory biegłam. Był ból i parcie do przodu z zaciśniętymi zębami. Ale dotarłam do końca wdzięczna za nowe doświadczenie.

Ale od początku. Wieczorem ostatni przegląd ubrania. Planowałam założyć koszulkę półmaratonu na kurtkę i przyczepić do niej numerek, okazuje się jednak, ze nie jestem M-ką. Nie chcąc pokłóć wiatrówki agrafkami wpadam na pomysł wydziergania na szydełku uprzęży na numerek.


Noc przed udało mi się przespać w całości, ale tylko dlatego, że trafił się akurat weekend studyjny i spałam u brata a Tygrys został pod opieką Tatusia. Byłam tak padnięta, że obudziłam się dokładnie w tej samej pozycji w jakieś zasnęłam. Potem owocowa owsianka, spojrzenie na termometr (-12!!!), WKDka, SKMka i jestem na miejscu. Motylki w brzuchu zaczynają trzepotać. Uwielbiam ten stan przedstartowy: niepewność, oczekiwanie, strach. 
Szybkie przebranie (o kurcze jak zimno w stopy, w domu już rozważałam opcje założenia rękawiczek na stopy, ale okazały się trochę za krótkie. No nic, byle uciec od śniegu to będzie dobrze). Wbijam się na  rozgrzewkę pod wejściem Nr 11 i truchcikiem w stronę tłumu. Brat zaopatrzył mnie w narzutkę zaawansowaną technologicznie rodem z NASA, znaczy się worek na śmieci, więc chodzę z wielkim napisem PLASTIK na klacie. Przynajmniej ciepło.

Plan jest taki: baw się dobrze. Ustawiam się za balonikami na 2:00. W głębi ducha wiem, że nie jestem przygotowana na to by tak pobiec, ale zadecyduję o tym po pierwszych 5km. 
Na starcie miłe zaskoczenie: słoneczko. Nawet zbytnio nie wieje na moście. Biegnie się tak dobrze, że nawet nie zauważam pierwszych 5 znaczników kilometrowych, ale odpuszczam sobie grupkę na 2:00. Jeżeli nadal utrzymam to tempo to wypale się po 15km. 
Do 10 km czuję się świetnie, wiatr grzeje w plecy, mam idealną ilość warstw ubrań na sobie, w uszach ulubiona playlista. Niestety na 13. zaczyna mnie boleć palec u stopy. Początkowo nic poważnego, ale z czasem daje się coraz bardziej we znaki. Na 15. zastanawiam się czy nie zdjąć buta i nie biec na pół boso, ale:
a) byłaby to większa głupota niż biegnięcie z uwierającym palcem bo na pewno się przeziębię
b) za dużo roboty, akurat na lewym bucie mam chipa więc trzeba by było go przełożyć

No to męczymy się dalej. Podbieg na Belwederskiej to już tylko trucht z kombinowaniem: jak ustawić stopę aby bolało mniej. Mijają mnie zające na 2:20 i 2:30. Odpuszczam jakąkolwiek myśl o czasie i chcę tylko  dotrzeć na metę.

Nieoczekiwanie pojawia się palma na rondzie De Gaulle'a. Wzięła mnie z zaskoczenia. To już tu? To dodaje sił, ale most ciągnie się w nieskończoność. Zbiegam ślimakiem korzystając z siły grawitacji, ale tu niespodzianka: na wyznaczonej nitce zaparkowały wozy policyjne i musimy wbić się na chodnik. Czyżbym była tak bardzo z tyłu, że już zwijają całą imprezę? 
Czekam na znacznik 21km, ale nigdzie go nie dostrzegam, za to jeden z kibiców krzyczy w moja stronę "Dasz radę, jeszcze 200m" Że jak? Faktycznie meta wyłania się za ostrym zakrętem w lewo. Zakręt na ostatnich metrach? Serio? W słuchawkach akurat moja ulubiona "Lux aeterna" Clinta Mansella, najlepszy utwór na finish. Nie czuję bólu palca i ostatkiem sił śmigam przez metę wpadając z rozpędem w kałuże rozmokłego śniegu. Z medalem słodko ciążącym na szyi pędzę po torbę by jak najszybciej założyć ciepłe skarpetki. Gorąca herbata smakuje pysznie. Zimny makaron trochę mniej. 

Wynik: 2:29:38 (chciałam się zmieścić w 2:30 to mam)

Bieg udowadnia mi, że jestem bez formy, bez porządnego treningu NIE MA efektów i przede wszystkim, że kocham bieganie. Od czasu do czasu przydaje się taka lekcja pokory.

Po raz kolejny jestem zachwycona CW-Xami. Legginsy świetnie podtrzymują wszystkie trzęsące się części przez co nie traci się energii na niepotrzebne drżenia, usprawniają przepływ krwi i następnego dnia ból pobiegowy wynosi zaledwie 2/10.

piątek, 22 marca 2013

Za dwa dni...

Zawsze lubiłam wieczór przedstartowy: układanie stroju na krześle, szukanie zapasowych agrafek, delikatne drżenie rąk i lekki sen: byle nie zaspać. 
Mam lekką tremę przed tą połóweczką. Nie wiem czy dlatego, że taka jestem nieprzygotowana, czy też dlatego że to mój pierwszy krajowy bieg i chciałoby się dobrze wypaść. Cóż pogoda raczej mi nie pomoże. Podobno to nie dobrze przespana noc przed ma wpływ na bieg, ale druga i trzecia noc przed. To marne szanse mam. Ostatniej nocy zasnęłam o 4.30 i Tygrys łaskawie zezwolił na sen do 7 (ostatnia czwórka na wylocie). Dziś też zapowiada się ariowo.

Torba już spakowana, bo jadę jutro rano, zaliczyć sobotnie zajęcia, a potem zerwać się z ostatnich wykładów by odebrać pakiet startowy. Nie mogłam się zdecydować które Vibramki wybrać. Sprinty maja lepszą podeszwę i zasłaniają większa powierzchnię stopy, ale po ostatnich dziwnych obtarciach trochę się boję brać je na dłuższą trasę. Z drugiej strony w speedach będzie mi pewnie zimno. Wzięłam obie a dodatkowo jeszcze założę Lunarglidy tak na wszelki wypadek (tak to jest jak się trzeba zapakować na wszystkie a może...). Mierząc ubrania sięgnęłam głęboko w tylne rejony półki biegowej, gdzie od dłuższego czasu leżały zapomniane CW-X. Jakoś tak szkoda mi się ich zrobiło, w końcu dobrze sienam rzem biegało. Postanowiłam je przymierzyć. O cudzie, weszły. A przecież kupiłam je kilkanaście kilogramów temu. Zapakowałam. Jutro wieczorem jeszcze je założę na próbę i zobaczę jak się będzie biegło. 

Liczyłam na piękny wiosenny bieg, a tu: bluza termiczna z długim rękawem, koszulka, windstopper Gore, wiatrówka, długie getry, ewentualnie spódniczka na to bo okazało się, że tez wejdzie, opaska, czapka, rękawiczki i ... bose stopy (znaczy  bez skarpetek). 

Na dodatek pieta mi podstępnie pękła i boli. Dobrze, ze Vibramki nie pozwalają za bardzo na lądowanie na pięcie to powinnam jakoś dotrwać. Babcia już od kliku miesięcy przeprowadza kampanię: Dziecko ty sobie zdrowie marnujesz. Zastanów się dziecinko, ty teraz dla dziecka musisz żyć a nie takie rzeczy wyprawiać. W odpowiedzi poczytałam jej trochę o Fahuji Singh, ale chyba nie dotarło. 

Powodzenia wszystkim biegnącym w niedziele życzę. 

W oczekiwaniu na wiosnę

poniedziałek, 18 marca 2013

Przedstartowa nerwówka

Niestety, nie mam za bardzo o czym donosić. Ubiegły tydzień obfitował w jeden (słownie: jeden) bieg: długie wybieganie w poniedziałek. Odkąd M zaczął pracować według nowego dziwnie chaotycznego planu nie ma szans na zaplanowanie jakiegoś treningu. Ma skończyć o 4 - kończy po 6, albo idzie na 12h, albo na nockę i potem odsypia w dzień. Ubiegły tydzień już w ogóle był do niczego bo jeden z współpracowników się połamał, drugi poszedł do szpitala więc prawie się nie widywaliśmy. Nie mówiąc już o wyrwaniu kilkudziesięciu minut na trening dla mnie. Dodatkowo w ubiegłym tygodniu Tygrys stał się posiadaczem dwóch nowiutkich czwórek i przedostatniej dwójki (drugi taki sam komplet jeszcze w drodze), więc sypiam po 2-3h (podsumowując cały nocny sen a nie jednorazowe odcinki), przez co wieczorem chodzę jak Mambie (mama + zombie = mambie) i nie ma opcji zrobienia interwałów bo zwyczajnie wyryłabym nosem o poręcz tudzież krawężnik. 
W piątek wybrałam się do rodziców w nadziei, że zajmą się potomkiem a ja spokojnie pójdę pobiegać. Wiało tak, że ledwie przeszłam odcinek od samochodu do drzwi wejściowych. I to między budynkami. A trasa biegu prowadziłaby przez szczere pole. Jakby mnie taki boczny podmuch walną znienacka to zatrzymałabym się pewnie na brzózkach 300m dalej.  W sobotę było nie lepiej. 
I tak cały tydzień na nic. Trochę moje morale podupadło. 
Wprawdzie zdarzyło mi się już przebiec półmaraton bez  przygotowania o TUTAJ z wynikiem 2.06'. Niby przez pół roku przed tą imprezą nie trenowałam nic oprócz sporadycznych przebieżek, ale za to te wcześniejsze pół roku to intensywne przygotowania do maratonu. Jak będzie w niedzielę? Nie nastawiam się na żadne spektakularne wyczyny. Byle dobiec i dobrze się bawić

wtorek, 12 marca 2013

Moje pierwsze wspomnienie biegowe

Niniejszy wpis bierze udział w konkursie organizowanym przez portal CupoNation.pl oraz blog PrzebiecMaraton.pl

źródło 1, źródło 2, źródło 3

Pierwszy bieg ... pamiętam go doskonale. To drugie wspomnienie, po wybiciu górnych jedynek w wieku lat czterech, trwale wyryte w mojej pamięci. Nie był to bieg typowy, czyli nic zorganizowanego, szkolnego itd. Nie mniej jednak dla mnie był to BIEG a samo wspomnienie przyczyniło sie do kilku wygranych w późniejszych latach. A zatem:

 To był ciepły letni sobotni poranek. Lat miałam pewnie z pięć. Nie pamiętam dokładnie. Pamietam za to błękitną flanelową piżamkę w króliczki, w którą byłam ubrana i mokrą rosę pod bosymi stopami. Mama wysłała mnie do ogrodu po natkę pietruszki. Aby dojść do ogrodu musiałam przejść przez całe (dosyć spore) podwórko. Zamkałam właśnie furtkę, gdy stanęłam oko w oko z podwórkowym kogutem. Kogut był zadziorny o wybuchowym temperamencie. 
Znieruchomiałam z pęczkiem natki zwisającym z zaciśniętej dłoni. "Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego" doradziłabym teraz tej małej dziewczynce. Niestety, dziecko działa instynktownie. Rzuciłam się sprintem przez podwórko. Jak ja biegłam. Chyba już nigdy potem nie rozwinęłam takiej prędkości. Bose stópki ślizgały sie na mokrej trawie, krzyczałam ile sił w płucach a zajadły kogut biegł za mną. Przebiegłam pewnie około 150m. Finish był najlepszy. Rzutem suwnym pod Fiata 126p pieszczotliwie zwanego Maluchem. (tak, 5-letnie dziecko jeszcze sie tam zmieściło). W zaciśniętej piastce nadal trzymałam zmachlaczoną natkę.

Kogut skończył marnie: rosołem niedzielnym. Dało to nauczkę pozostałym osobnikom. Za to wspomnienie towarzyszyło mi jeszcze wiele lat. W pod koniec podstawówki, chyba w 7 klasie wuefista odkrył, że mam talent sportowy i czego sie nie tknę to przywoże medale. Było pchnięcie kula, rzut dyskiem, oszczepem, skok w dal i w końcu przyszedł czas na biegi przełajowe. Zdobyłam kilka medali na zawodach powiatowych/rejonowych/wojewódzkich. A to, co pchało mnie do przodu na decydujących ostatnich metrach to właśnie wspomnienie koguta. Wyobrażałam sobie jak sie mogłam czuć gdy goniła mnie ta bestia. Od razu odnajdywałam w sobie siłę by przegonić przeciwnika/ów. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Taperowe szaleństwo czas zacząć

Ostatnie długie wybieganie za mną. Niestety z przykrością stwierdzam, że nie sprawiło mi aż takiej radości. Silny wiatr i oblodzona nawierzchnia redukowały mnie momentami do marszu. Na dodatek Vibramki otarły mi stopę w trzech miejscach. Do krwi. To akurat może być moja wina bo nie zdążyłam ich uprać po ostatnim biegu leśnym i mogły zesztywnieć od błotka.
Teraz tylko praca nad szybkością i połóweczka.
Czy jestem zadowolona z dotychczasowego treningu? Nie bardzo. Zabrakło mi kilku ważnych sesji. Niestety pogoda, weekendowe studiowanie i chaotyczny rozkład pracy M w wyniku czego nie miałam z kim zostawić Tygrysa zrobiły swoje. Dobiec na pewno dobiegnę.
Na maratońskim forum zawsze ustalamy sobie trzy cele medalowe: złoty, gdy wszystko pójdzie idealnie a nawet lepiej, srebrny, realistyczny i brązowy, pesymistyczny. A więc tak:

Złoto: 1:59.00
Srebro: 2:15:00
Brąz: 2:30:00

Załatwiłam już sobie zwolnienie z zajęć na niedzielę. A po półmaratonie mam 4 tygodnie na podciągnięcie tempa bo dołączyłam do drużyny blog@czy w sztafecie Accreo Ekiden. Znaczy dołącze dziś wieczorem gdy w końcu przeleję swoją część opłaty wpisowej.

sobota, 9 marca 2013

Bieganie niezbędne dla zdrowia psychicznego matki

W ubiegłą sobotę zrobiłam sobie długie wybieganie. Na bieżni. 2,5 godziny. Fajnie było patrzeć jak liczniki bieżni się zerują bo brakuje im cyferek. Nie wiedziałam, że wyłącza się samoistnie po 100 minutach. Nie wiedziałam też że sikorka bogatka ma niebieski łepek. Siadały na starej jabłonce za oknem i zaglądały przez szybę. Przynajmniej mi się nie nudziło.

Lubię te długie wybiegania. Nawet nie dla samego biegania czy szumiących endorfinek potem. Odkąd jest z nami Tygrys ta odrobina czasu jest tylko dla mnie. Mogę wyłączyć wszystkie wewnętrzne radary i dzwonki ostrzegawcze, przymknąć dodatkowe pary oczu dookoła głowy i nareszcie się odprężyć. Na ten krótki czas przestaję być mamą, nianią, zabawiaczką, operatorką kuchenki gazowej, mieszadłem zupnym ... Na te kilkadziesiąt minut jestem znowu sobą. Tylko ja, droga przede mną (ewentualnie bieżnia) i nic więcej. Nabieram siły na cały tydzień nowych wyzwań.

piątek, 1 marca 2013

Wiosenne muchy już tu są

Odśnieżałam chodnik przed domem w Vibramkach i zostawiałam takie piękne ślady  Następnego dnia na spacerze sąsiadka mnie pytała czy nie wiem co za wariat na boso przed naszym domem chodził.

Dopiero teraz doceniam to jak łatwo trenowało się w Londynie, gdzie śnieg padał okazjonalnie (czytaj: raz, góra 2x do roku). Ostatnie 3 tygodnie były w kratkę. To padało, to się topiło tak jakby zima nie mogła się zdecydować czy chce tu zostać czy może już jej się znudziło. W rezultacie drogi przypominały paciajkę. 
O ile nie przeszkadza mi bieganie w głębszym śniegu o tyle w rozpuszczającej się zimnej brei dostającej się do butów i kryjącej pod sobą oblodzoną drogę tak. 

W ramach treningu ogólnorozwojowego kilka razy odśnieżyłam podwórko i zabrałam Tygrysa na sanki. Trzy tygodnie temu wybrałam się na aerobik. Średnia wieku: 45-60. Ale panie mają fantastyczną kondycję. Niestety następnego dnia odezwało się lewe kolano bólem tuż nad rzepką po wewnętrznej stronie. Pozwoliłam mu odpocząć przez dwa dni i poszłam na małą przebieżkę. 

W kolejnych dniach znowu dosypało a potem się roztopiło i pewnie nic by z biegania nie wyszło gdybym nie przypomniała sobie o bieżni stojącej bezczynnie w garażu. Postanowiłam ją odpalić. Wyglądało to tak:

17.00 "Pobiegam"
17.05  Znajdź przedłużacz by doprowadzić prąd do garażu.
17.10  Znajdź drugi przedłużacz bo ten nie sięga.
17.20 Wróć do domu i weź listwę z angielskimi wejściami by podłączyć również lampkę z angielską wtyczką bo w międzyczasie zrobiło się ciemno.
17.45 Odkopałam bieżnię spod: pustych skrzynek na kwiaty, pojemników z fasolą, gazet z suszącymi się na nich dziwnymi kwiatkami, różnych innych dziwnych rzeczy, które nie mam pojęcia co tam robiły. 
17.50 Nie mogę znaleźć kabla zasilającego do bieżni.
17.55 Szybki telefon do M, który naprowadza mnie na kabel zastępczy.
18.00 Wróć do domu bo przejściówkę, bo kabel zasilający ma polską wtyczkę.
18.05 Wróć do domu po klucz zabezpieczający, bez którego nie uruchomisz bieżni
18.10 Nareszcie. Mam 30 minut zanim trzeba będzie przygotować Tygrysa do snu.
Już samo bieganie w tę i spowrotem pomiędzy pierwszym piętrem a garażem na zewnątrz było niezłym treningiem samo w sobie. Jak nic medal za wytrwałość mi się należy.

Z działającą bieżnia nareszcie przestałam być zależna od pogody i mogłam pobiegać interwały bez obawy skręcenia którejś z kończyn.

Dodatkowo zjazdy studyjne przypadły w kolejne weekendy, więc długie wybiegania musiałam przełożyć na poniedziałek co zaburzyło trochę mój plan. W poniedziałek wybrałam się na nieplanowane 15km. Pierwszy taki dystans od 2010r. Biegło się naprawdę dobrze. Tradycyjnie pierwsze 5km walczyłam trochę ze sobą  ale gdy już wpadłam w rytm to nie miałam ochoty przestać. Niestety jakieś pół godziny po powrocie do domu zaczęła mnie boleć podeszwa prawej stopy. Tak mniej więcej dolne śródstopie po zewnętrznej stronie. Ból przypominał dziabnięcia nożem przy każdej próbie przeniesienia ciężaru na prawą stopę. Pomogła ciepła kąpiel i masaż piłeczką tenisową. Po dłuższym zastanowieniu przypomniałam sobie, ze w ostatnim czasie wewnętrzna strona łydki lekko pobolewała i wydawała się być napięta. Niewątpliwie to i minimalna zmiana ustawienia stóp podczas biegania po rozmokłej śnieżnej brei zaowocowały tym dziwnym bólem. Dostałam płytkę z jogą dla atletów, więc w niebiegowe dni poświęcę więcej czasu na rozciąganie. 

W nocy obudziły mnie (a w zasadzie nie dawały zasnąć w te krótkie chwile gdy Tygrys nie krzyczał  męczony wychodzącymi czwórkami) dwie pijane muchy obijające się o siebie w ciemności. Nieomylny znak, że wiosna nadchodzi. Już nie mogę się doczekać kiedy nie trzeba będzie zakładać na siebie 300 warstw ubrania i z Tygryskiem w wózku będę miała więcej wolności biegowej. Na przyszłą zimę kupię sobie biegówki. Przynajmniej śnieg nie będzie mnie ograniczał.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Chirunning, czyli czemu ja zawsze muszę inaczej



Nareszcie. Wujkowi amazonowi się nie spieszyło (książkę zamówiłam w święta ) ale nareszcie jest. Plan na połówkę obejmuje 16 tygodni treningu. Mi pozostało tylko 8. W zasadzie nie nastawiam się na żaden konkretny czas. Ot dobiec do końca w stanie zachęcającym do dalszego biegu. Aczkolwiek mam nadzieję zmieścić się poniżej magicznej dwójki. Zastanawiam się jak dopasować ten plan do czasu jakim dysponuję.

Plan treningu różni się od standardowego planu z interwalami, podbiegami i nabijaniem kilometrów. Owszem interwały są, ale nie szybkościowe a umysłowe. Tu nacisk kładziony jest na jakość nie ilość. Będę się chyba starać w miarę możliwości dopasowywać kilometraż i czas treningów do tygodnia 9 z uwzględnieniem aktualnej kondycji koncentrując się jednak na ćwiczeniach z tygodnia pierwszego. Bo nic mi nie da skupienie się na wydłużaniu kroku jeżeli nie opanowałam jeszcze postawy. Rozsądne rozwiązanie, prawda?

Zacznijmy zatem od początku. Od kwietnia miałam problem z kolanami. Pojawił się nagle, powalił na ziemie i nie puszczał przez długi czas. Wiedziałam ze COŚ robię źle, ale nie miałam pojęcia co (podejrzewałam stepper jako głównego zdrajcę, ale z cała pewności był on tylko współwinowajcą). Zawiesiłam dresiki na kołku i czekałam, czekałam, czekałam a ból jak był tak nie przechodził. Czekając na opinie kogoś kto się zna i na potwierdzenie, że biegając nadal nie zrobię sobie większej krzywdy podczytywałam o bieganiu innych cichutko tęskniąc  U Scotta Jurka trafiłam na Chirunning. Całkiem przypadkiem w tym samym czasie polecił mi je znajomy z maratońskiego wątku, który o bieganiu wie to i owo (tak naprawdę to wie bardzo dużo i będąc na forum od 2009 nauczyłam się od niego więcej niż z jakiejkolwiek przeczytanej książki/czasopisma/portalu biegowego). Książkę zdobyłam i zagłębiałam się w lekturę w rzadkich momentach gdy Tygrys nie potrzebował mojej uwagi i nie musiałam się uczyć.


Zawsze myślałam (jak zapewne większa cześć amatorów biegaczy), że biegam tak a nie inaczej ponieważ tak po prostu jest. Nogi same układają się w dany sposób, reszta ciała za nimi podąża i tyle. To mój styl. Naturalny. A skoro tak rusza się moje ciało to nie może to być dla niego szkodliwe. I przede wszystkim nie da się tego zmienić. No i tu się myliłam.



Ćwiczenie nr 1

Stań przed lustrem. Zamknij oczy. Wczuj się w swoje ciało. Ustaw stopy równoległe do siebie. Wyprostuj plecy, ramiona, szyję, głowę. Palce u dłoni zwisają luźno, wyprostowane. Sprawdź w myślach swoją postawę.



Oczami umysłu prześledziłam poszczególne części ciała: stopki ok, plecy proste, jest w porządku.

Otwórz oczy i sprawdź postawę w lustrze.

Dobrze że Grecy nie wzorowali kolumny korynckiej na mnie. Wszystko by im się zawaliło z wielkim hukiem.
Stopy: za 10 druga, ramiona zgarbione, głowa za bardzo odchylona do tylu, nawet palce u rąk zgięte  Jak można się tak pomylić ? Przecież to moje ciało i powinno robić to co mu każę. 'No ładnie' pomyślałam 'jeżeli tak się zaczyna moja przygoda z chirunning to co będzie dalej?'

A dalej to już było tylko gorzej. W miarę czytania okazywało się ze popełniam wszystkie kardynalne błędy:

Postawa: zamiast tworzyć kolumnę od stóp po czubek głowy ja pochylam się od pasa lub prostuję nadmiernie odchylając do tylu

Ręce: zamiast pracować łokciami do tyłu nigdy nie przekraczając dłońmi środka ciała ja pompuję nimi do przodu jakbym boksowała niewidzialnego wroga, dodatkowo bujając się na boki niczym pijany marynarz

Krok: zamiast krótkich szybkich kroków i lądowania na śródstopiu ja wydłużałam krok lądując ciężko na pięcie:  łup łup  łup. Zwłaszcza na bieżni lubiłam sobie tupać jak stado dzikich mustangów  Zamiast unosić pięty wysoko do tylu ja szurałam nimi po podłożu zwiększając czas pozostawania w kontakcie z podłożem i zwiększając obciążenie stawów, lub podnosiłam kolana wysoko w górę lądując przed sobą.

Odłożyłam książkę i spoglądałam na nią z przerażeniem w oczach. Jak to możliwe by moje ciało aż tak bardzo się myliło w ocenie tego co dla niego dobre? Czy to oznacza, że przez ostatnie 4,5 roku robiłam sobie krzywdę?

Poszłam pobiegać  Zamiast dreptać bezmyślnie zaczęłam wsłuchiwać się w swoje ciało. Jak zwykle obudziła się we mnie przekora: 'No dobra panie Dreyer. Zobaczymy jak się sprawdzi pana teoria w praktyce'. Zatrzymałam się i wyprostowałam wedle zaleceń: głowa, ramiona, biodra i stopy tworzyły prostą linię. Następnie trzymając całe ciało w jednej linii pochyliłam się do przodu, od kostek. Uwaga padam! By zachować równowagę i nie paść na pysk musiałam wystawić stopę. Dalej poszło jak z rozpędzoną lokomotywą. I nie było źle  Biegłam bez wyraźnego wysiłku. Tak jakby ktoś ciągnął mnie na linie a ja musiałam się tylko temu poddać. Hmm czyżby to faktycznie działało? Przestałam się koncentrować i pozwoliłam ciału wrócić do zwyczajowej postawy. Poczułam się jakbym zaciągnęła ręczny hamulec. Automatycznie zwolniłam i czułam ze muszę walczyć z potężną siłą by utrzymać dotychczasowe tempo.
Po kolejnych treningach mięśniami które bolały mnie najbardziej były ... mięśnie brzucha, napinane by utrzymać postawę.





Cała idea Chirunning polega na zaprzestaniu walki z własnym ciałem i grawitacja. Bieganie powinno być przyjemne, relaksujące i bezurazowe. W tym celu należy przeciągnąć grawitację na naszą stronę a nie tworzyć z niej wroga. Tak jak w T'ai Chi siła napędowa naszego organizmu znajduje się w jego centrum (tuz za pępkiem). Należy zatem zminimalizować opór pozostałych członków (ręce i nogi) tak by podążały za resztą ciała. A zatem luźna miednica, biodra, mięśnie nóg  ręce zgięte pod katem prostym luźno poruszające się ruchem wahadłowym do tylu. Napęd ma pochodzić z wewnątrz. Nie z mięśni ud. Dreyer nie propaguje również siłowego podejścia do biegania, czytaj: godzin spędzonych na siłowni. To nie mięśniami się biega, ale głową. Zaleca raczej ćwiczenie odpowiednich mięśni w biegu czyli tam gdzie będą używane we właściwy sposób. To mi akurat odpowiada bo siłowni u nas nie ma (chyba że liczyć te marne 4 ciężarki przewracające się w garderobie)



Aby wykorzystać grawitację należy trochę pochylić się całym ciałem. Takie wychylenie spowoduje, że siła grawitacji pociągnie nas do przodu. Zmieni się środek ciężkości i stopa nie będzie lądować przed nami ale pod. Dzięki czemu odciążymy stawy. To tylko taki zarys całej filozofii.

Pierwsza książka 'Chirunning' (w Polsce wydana pod tytułem 'Bieganie bez wysiłku') skupia się na wprowadzeniu w podstawy Chirunning. Jest pełna ćwiczeń: rozluźniaczy stawów do wykonywania przed każdym biegiem, ćwiczeń na co dzień wspomagających utrzymanie odpowiedniej postawy i wczucie się we własne ciało. Autor mówi również jak przygotować samemu plan treningowy na podstawie obserwacji swojej kondycji. Plus kilka luźnych porad związanych z bieganiem, uczestnictwem w biegach i odżywianiem.

Ja chciałam jednak coś bardziej usystematyzowanego. Wujek amazon podpowiedział, że oto w ubiegłym roku wyszła książka koncentrująca się na przygotowaniach do półmaratonu i maratonu. Musiałam ja mieć. Przyszła w środę. Patrzyłam na jej lśniącą okładkę, zastanawiając się co kryje w środku i czekając z niecierpliwością na moment gdy będę mogła spokojnie poczytać. Niestety musiałam poczekać ze względu na wyższość nieuchronnego egzaminu z historii i kultury UK. Na szczęście egzamin już za mną (zaliczony, jakby ktoś pytał) a przede mną całe 3 tygodnie ferii (w zasadzie już 2 bo tak na raty piszę posta), które będę mogła poświęcić na zgłębianie tajników bezurazowego biegania metoda Chi (w chwilach gdy Tygrys da mi wolne). Tygrysek się rozchodził i staje się prawdziwym długodystansowcem  odbywa wyprawy czterokrokowe, ale bynajmniej nie idzie na łatwiznę  W garści kierownica i maszeruje. Czyżby zamiast Mo Farrah rósł mi Vettel?

Bardzo ciekawa lektura. 

niedziela, 3 lutego 2013

Śnieg, deszcz i mgła

Popadało u nas trochę dwa tygodnie temu. Taka mała wizualizacja ile może napadać przez kilka dni (w ogródku u rodziców mam takie małe mierniczki śniegu)


Nie mniej jednak udało mi się pobiegać (jak już pług śnieżny przejechał kilka razy). Łydki bolały mnie potem jeszcze 3 dni. Czułam się jak po maratonie w Paryżu gdy przez 2 dni schodziłam po schodach tyłem. Chwilowo zrezygnowałam zatem z torturowania łydek na zewnątrz i ćwiczyłam aeroby i jogę w zaciszu salonu.

W sobotę w ramach sesji mieliśmy mało zajęć. W związku z tym zapakowałam biegowe wdzianko z planem pobiegania po Warszawie. Wiadomo, w mieście cieplej i chodniki jako tako odśnieżone. Szkoda tylko, że zapomniałam o butach. Wieczór był cudnej urody z księżycem w pełni i skrzącym się mrozem. Odbiłam sobie w niedzielę po powrocie do domu. W międzyczasie znowu popadało. Nie chcąc wyeliminować łydek na kolejne kilka dni założyłam Vibramki. Bez skarpetek (jeszcze nie dorobiłam się biegowych palczatek). Jak szaleć to szaleć. Naciągnęłam getry ile się dało. W pierwszej chwili palce zdębiały (górna część VFF to przewiewna siateczka), ale gdy tylko zaczęłam biec stopy rozgrzały się i zimno w ogóle mi nie przeszkadzało.  Już rozważałam zakup Yaktraxów aby móc śmigać spokojnie po śniegu a tu się okazuje, że mam doskonałe buty na takie okazje. Vibramki pięknie trzymały się nawierzchni. Wcale nie ślizgały się na pokrytej lodzie drodze ani na cieniutkiej warstewce śniegu która tam zalegała. Biegło się lekko i przyjemnie. Tylko zimno. W połowie drogi słońce zaszło i temperatura gwałtownie spadła do -18C. Zanim dobiegłam do domu mróz szczypał w uda dość boleśnie.


W ubiegłym tygodniu znowu popadało ale dla odmiany deszczem. Nie zrażona naciągnęłam VFF i poszłam ... pływać. Roztapiające się tony zalegającego śniegu tworzyły wieeelkie kałuże. Już po pierwszym kilometrze miałam przemoczone buty i skostniałe stopy. Rozsadek wziął górę i po 2,5km wróciłam do domu.

W środę dla odmiany dopadła nas mgła. Widoczność na ok 40m. Biegało sie jak na Biegunie. Tam w niewidocznej niedalekiej oddali są drzewa, domki i inne.



Wczoraj nie ryzykowałam i przeprosiłam się z Nike'ami. Zrobiliśmy bardzo przyjemne 7km.  Oj, do tyłu jestem z kilometrażem pod ten półmaraton, ale nic na siłę. Po 2-letniej przerwie nie zacznę nagle robić 15 kilometrowych wybiegań. Bieganie za Tygrysem dostarcza całkiem dobrego treningu. A propos dziecięcia. Dołączył do grona Homo Erectus. Jest jak lokomotywa. Zaczyna powoli, ale raz rozpędzony nie daje się zatrzymać. Moja krew


środa, 23 stycznia 2013

Sprawiedliwi sa wsrod nas

Słuchając/ czytając o Armstrongu ostatnimi czasy zaczęłam się zastanawiać czy istnieją jeszcze prawdziwi atleci dla których sport jest czymś więcej niż maszynka do robienia pieniędzy za wszelka cenę. I wtedy trafiłam na TEN artykuł. Niby drobnostka a przywraca trochę wiarę w ludzi

czwartek, 17 stycznia 2013

Terapeutycznie

Kocham tę moją Nawsię. Podczas gdy w Warszawie śnieg nie zdąży jeszcze spaść na chodniki a już w połowie drogi robi się szary i brudny tak u mnie pozostanie nieskalanie biały aż do przedwiośnia. 
Po weekendowej sesji egzaminacyjnej wyszłam na bieganie z głową przepełnioną skotłowanymi informacjami o socjolingwistyce, rejestrach, dyskursach, orzecznikach, predykatach i tym podobnych. Myśli obijały się o siebie bez ładu i składu. Ale wystarczyło 5 minut w tej przepięknej scenerii i wszystko nabrało znowu sensu. Z każdym krokiem gubiłam niepotrzebne informacje robiąc miejsce na te na kolejny egzamin. 

W nocy dopadało śniegu, więc ćwiczyłam sobie siłę biegową w 10 centymetrowej warstewce puchu zalegającego na drogach. A dziś w ramach treningu biegałam zaprzęgnięta do sanek. Chyba pora pomyśleć o uruchomieniu bieżni bo znowu dopadało śniegu.




poniedziałek, 7 stycznia 2013

Niedzielny Fartlek czyli bez ładu i składu po sniegu i lodzie

Popadało deszczem dla odmiany i pokazały się całe połacie czarnego asfaltu. Postanowiłam to wykorzystać i  pobiegać jakieś interwałki (takie baaaardzo malutkie interwały). Gdzieniegdzie się udało, a gdzieniegdzie nie, więc było szybko - truchtowo-marszowo. Ale najważniejsze, że było.

Jak ja nie lubię interwałów. Już wiem dlaczego nie mogłabym być zawodową atletką, bo nie lubię biegać szybko. Kolanka chyba też nie bo coś lewe delikatnie się odzywa, a już tak długo był spokój. Szybkość to moja pięta Achillesowa i trzeba będzie nad nią popracować. Niestety 

Tydzień nr 3 zaliczony. Plan 14km wykonany (prawie, 13,83km ale czuje się oszukana na te kilkadziesiąt metrów przez opaskę Nike bo na wyświetlaczu pokazywało więcej a potem w systemie już mniej)

Nike od kilku miesięcy modernizuje swoja stronę i od niedawna dostępna jest opcja Splitów (jak to się mówi po naszemu?). Bardzo mnie to cieszy bo do tej pory tylko uśredniała cały bieg, więc trudno było stwierdzić jak faktycznie poszło. 

Dzisiejszy bieg wygląda zatem tak:


Czytam właśnie książkę Fit2Fat2Fit (od wysportowanego do grubasa i spowrotem) (więcej informacji i zdjęć na stronie www.fit2fat2fit.com ) Drew Manninga. Drew jest osobistym trenerem, który nie mógł zrozumieć dlaczego otyłym/bezkondycyjnym  ludziom tak trudno wytrzymać na wyznaczonym szlaku do zdrowszego życia. W tym celu postanowił sprawdzić jak to jest być otyłym (od zawsze fanatyk fitnessu i zdrowego odżywiania) i z pozycji otyłego zacząć odchudzanie. W tym celu na 6 miesięcy zaprzestał jakiegokolwiek wysiłku fizycznego i zamienił się w typowego Amerykanina: kanapa, McD, typowe amerykańskie jedzenie itd. Efekt: przytył 34kg. Dopiero wtedy zrozumiał jak trudne jest zaczynanie zdrowego trybu życia, jak ciężko jest ruszyć się z kanapy. Zdrowe odżywianie to ciągła codzienna walka o każdy posiłek, bo "zakazane" produkty, które do tej pory były podstawą każdego posiłku czatują na każdym rogu. 'Zerwałem z wami ale czy kiedykolwiek przestane za wami tęsknić?' Zmieniła się również jego samoocena. Z pewnego siebie, wesołego człowieka zmieniła się w worek kompleksów, który wstydził się pójść na siłownię pełną wysportowanych ludzi. Po kolejnych 6 miesiącach wrócił do poprzedniego stanu bogatszy o wiedzę 'z pierwszej ręki'.
Dlaczego o niej piszę? Książka nie jest o bieganiu, ale znalazłam w niej wiele odniesień do samej siebie. Odkąd odkryłam bieganie w 2008 stawałam się fanatyczką zdrowego sportowego życia. Nowy Rok zaczynałam od wyciągnięcia kalendarza i rozpisania startów. Szafa zamiast sukienkami zapełniała się coraz nowszymi ciuchami do biegania, powoli stawałam się pewnie monotematyczna. 
I nagle ciąża odcięła mnie od tego. Chociaż nadal starałam się być na tyle aktywna na ile pozwalał mi lekarz (joga, basen, spacery) i w miarę zdrowo odżywiać się to powoli zamieniałam się w kanapona. Przez ostatnie 2 lata obrosłam mchem i coraz trudniej przychodziło mi zdobycie się na nadprogramowy wysiłek. Również jedzeniowo było nieciekawie (wszystko zaczęło się od ciasteczka do herbaty serwowanej w londyńskim szpitalu, uzależniłam się od burbonków). Wiedziałam, że dzieje się źle, widziałam co dzieje się z moim ciałem, któremu tak trudno było/jest wrócić do stanu przedciążowego, ale nie byłam w stanie zmobilizować się do regularnego wysiłku. 
Powrót na zdrową ścieżkę, to nie jest jednorazowa decyzja. To walka z samym sobą przez cały czas, w każdej minucie każdego dnia. Z czasem jest jednak łatwiej. Wystarczyły 3 kolejne tygodnie regularnych treningów i ta podstawowa decyzja: czy wyjść dziś pobiegać z każdym dniem jest łatwiejsza. Ubranie biegowe nie leży na dnie szafy (właściwie to szafy nie mam, garderobę mam), tylko gotowe w łatwo dostępnym miejscu. Tak by nie stało się jeszcze jedna wymówką przeciwko. Na nowo odkrywam radość z biegania, z aktywności, z oczyszczającego zmęczenia jakie tylko sport może przynieść. 
Widzę też, że robię postępy. A to motywuje jeszcze bardziej.

TYDZIEŃ 1

TYDZIEŃ 2

TYDZIEŃ 3


środa, 2 stycznia 2013

Z biblioteczki biegacza

Namawiała, namawiała i namówiła jak mawiał Wicia (mowa oczywiście on Hance, którą to obwiniam za popełniony czyn). Oplata za bieg poszła w eter a wiec to oficjalne: półmaratonie w Warszawie przybywam. Pora zatem wziąć się porządnie za przygotowania. Już tak mam, że jeżeli nie wisi nade mną widmo zbliżającego się biegu to trudno z mobilizacja i potrafię znaleźć tysiące wymówek aby tego nie robić. Zwłaszcza teraz stało się to wyjątkowo trudne. O ile kiedyś wystarczyło zebrać się w sobie, założyć biegowe ciuszki i wyjść z domu wiedząc, ze nocą człowiek się spokojnie zregeneruje, tak teraz poświecenie tej odrobiny wolnego czasu, którą mogłabym mieć dla siebie, gdzie nikt nie krzyczy ze chlebka, że wstało, pokazać, podać, poczytać, zobacz mamo jak się fajnie z niekapka kapie wymaga naprawdę silnej woli. Zwłaszcza bez gwarancji regenerującego snu nocą. Bo po co spać jeżeli jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia? Przecież świat nocą jest taaaaaaki ciekawy. Tam świeci, tu blika

Przeglądałam ostatnio swoje zapiski i dopiero do mnie dotarło ze ostatni porządny bieg miałam .... 2 lata temu - pół maratonu w Greenwich. DWA LATA. Nie zdawałam sobie sprawy że to już tak dawno. Na swoje usprawiedliwienie miałam to, że zaraz potem była ciąża, i mały Tygrysek i przepełnione pokarmem piersi, które nie ułatwiały biegania, a jak już się za nie wzięłam (bieganie, nie biust) to padły mi kolanka. I tak powoli zamieniłam się w kanapona. Już sam fakt, ze szukam usprawiedliwień to zły znak, bo podpada pod kategorie myślenia mieszkańców mojej Nawsi: “a czego ty się dziecko tak meczysz? Za jaka kare ty to robisz?”. Przecież ja lubię bieganie, to poczucie wolności, ten szum endorfinek. Chyba najwyższa pora sobie o tym przypomnieć.

A nic nie działa motywacyjnie jak dobra lektura (a jeszcze lepiej rywalizacja, ale chwilowo nie mam nikogo w okolicy kto chciałby pobiegać zimową porą więc pozostają książki).
Im mniej biegam, tym więcej czytam o bieganiu. (Mam nadzieje ze to ta wersja a nie odwrotna: im więcej czytam o bieganiu tym mniej biegam.) Taka dobra książka świetnie podbudowuje i daje porządnego kopa w leniwy zadek. Mam na myśli nie takie typowo-treningowe z planami i poradami co jak z czym, tylko bardziej w formie opowieści o biegaczach lub biegaczy o bieganiu.
Taka książka jest zawsze świetnym prezentem dla biegającego ludka, gdy nie wiadomo czym można by go obdarować.


Moją pierwszą książką był "Zwycięzca" Macieja Kuczyńskiego. Niewielka książeczka (wydana w 1982 przez Naszą Księgarnię) o wielkiej treści. Nie pamiętam już jak na nią trafiłam, pewnie na jakimś forum (to całkiem jak z YouTube  gdy okazuje się  że jest 2 nad ranem a ja nie mam pojęcia jakim cudem znalazłam się na danym filmiku). Miałam spore problemy z dostaniem jej w UK, ale w końcu dotarła. To opowieść o peruwiańskim chłopcu, który miał jeden wielki talent i pasję - bieganie. Ale by móc robić to do czego został stworzony musi pokonać wiele przeszkód. Jego "kariera" jako biegacza nabiera tempa gdy dostrzega go tajemniczy nauczyciel. Poddaje go treningowi, jaki przechodzili kurierzy pocztowi inków. Nic więcej nie zdradzę. 
Po przeczytaniu założyłam buty i poszłam biegać, a zatem efekt osiągnięty. 




Kolejną pozycją było " O czym mówię, gdy mówię o bieganiu" Haruki Murakamiego. Autor dzieli się w niej nie tylko szczegółami swoich treningów, biegów, osiągnięć, ale również tajnikami warsztatu pisarskiego (co dla tych marzących o wydaniu własnej powieści [czytaj: mnie samej] jest na wagę złota). Opisuje brutalność "ściany" z jaka zderza się większość maratończyków tuż przed ukończeniem biegu.  To opowieść o tym jak bieganie, treningi, starty w maratonach i triatlonach ukształtowały go jako człowieka i pisarza oraz jego spojrzenie na świat i życie. Autor pisze :"Prawie wszystko co wiem o pisaniu nauczyłem się podczas codziennego biegania ". Mowa tu o wytrwałości, systematyczności i skupieniu. Pisze o dyscyplinie i odwadze potrzebnej dla każdego długodystansowca (również pisarza). Murakami opisuje historię swojego biegania – dlaczego zaczął, jakie cele sobie osiągnął i do czego doszedł. Znowu niewielka pozycja a jakże ciekawa i motywująca. 



“Urodzeni biegacze” Chrisa McDougalla o której pisałam tu. Napisana w sposób lekki i ciekawy. Po każdym rozdziale miałam takiego pałera ze zakładałam buty i wychodziłam pobiegać bez względu na porę czy pogodę.  Czasem jednak odnosiłam wrażenie, że jest zbyt pompatyczna. Taka typowa książka wypuszczona na rynek amerykański  gdzie wszystko musi być naj i hiper i w ogolę ŁAŁ. McDougall opisuje biegi ultra w tak lekki i przyjemny sposób  ze zwodzi czytelnika w przekonanie iż taki ultra to nic innego jak świetna zabawa i prawie-że spacerek po parku. No czasem człowiek może zemdleć, czy pozbyć się zawartości żołądka przy drodze, dostać hipotermii, odwodnić się, no ostatecznie może grozić śmiercią, ale to naprawdę nieistotne szczegóły w porównaniu ze świetną zabawą. Pod tym względem bardzo niebezpieczna książka.
Co dobrego wyniosłam z jej lektury? Na pewno zainteresowanie takimi postaciami jak Caballo Blanco (niestety nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z nim podczas jego ostatniej wizyty w Londynie, czego żałuję, Scott Jurek czy Jenn Shelton. Vibramki Five Fingers, pieszczotliwie nazywane “ małpimi stopami” przez mojego ówczesnego szefa (gdy wychodziliśmy do pubu po pracy kazali mi stawiać torbę przed stopami by nikt ich nie widział a były soczyście czerwone) i bieganie naturalne.

Własnie dzięki lekturze “biegaczy” nie wahałam się ani chwili sięgając po książkę “Jedz i Biegaj” wspomnianego już Scotta Jurka. Było o niej głośno w polskich mediach i światku biegowym w okolicach października  gdy sam Scott przybył do Polski w ramach promowania książki  Przeglądając wpisy blogaczy z tego okresu trudno znaleźć bloga bez wzmianki o książce czy o samym Scotcie (Scocie? Czy to się w ogóle odmienia? Jako przyszły tłumacz powinnam chyba to wiedzieć) (już wiem, wersja prawidłowa to Scocie według mojego profesora)
Książka jest rewelacyjna. Jestem dość wybredna i bardzo krytyczna jeżeli chodzi o lektury tak tu nie miałam do czego się przyczepić  Nie wiem, jak polskie tłumaczenie bo jeszcze nie miałam okazji się do niego dobrać  ale oryginał czyta się świetnie. Chwilami jak dobrą powieść akcji, z tym ze bez tej pompatyczności jak u McDougalla. Steve Friedman odwalił kawal dobrej roboty.
Scott (dla niewtajemniczonych) to człowiek legenda. Jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) ultrabiegaczy. Momentami zastanawiałam się czy nie jest jakąś zmutowaną formą wyższej rasy, coś na kształt robocopa. Komu przyszłoby do głowy chodzić ze skręcona kostką? A co mówić o przebiegnięciu bardzo trudnego, górskiego ultra z kostka usztywnioną kawałkiem taśmy samoprzylepnej? No właśnie.
To, co uderza od samego początku to jego skromność  Nie znajdziemy tu achów i ochów Scotta nad samym sobą  Nie chełpi się swoimi zwycięstwami  Z lektury wyłania się obraz niezwykle pokornego człowieka  który ciężka pracą i determinacją osiąga niesamowite wyniki. Wygraną świętuje w bardzo nietypowy sposób - niezależnie od zmęczenia siada na na trawie na mecie i dopinguje wszystkim współzawodnikom  gratulując im niezwykłego osiągnięcia jakim jest ukończenie biegu.
W książce pełno jest perełek w postaci przemyśleń Scotta nad własnymi błędami i motywacjami, na zakończenie każdego rozdziału dzieli się mądrymi wskazówkami dotyczącymi techniki biegu: właściwą postawa podczas biegu, kadencją kroków etc; oraz pysznymi przepisami. Scott jest weganinem;  w książce opisuje jak do tego doszło plus podaje wiele ciekawych informacji na temat żywienia biegacza oraz własnych przepisów. Wprawdzie może być problem ze zdobyciem niektórych produktów, ale zawsze można zastąpić je czymś “krajowym”.
W ramach przygotowywania Tygrysa do przyszłej kariery biegowej ;) zrobiłam mu na śniadanko placki wielozbożowe według Scotta zamieniając niektóre składniki na to, co miałam dostępne w szafkach (przepis jest tu). Tygrys był zachwycony, więc wróże mu piękna karierę. Niech jeszcze odważy się chodzić samodzielnie.

Pisząc o twardych zawodnikach Scott podaje przykład biegaczki, która ukończyła ultra w 3 tygodnie po urodzeniu dziecka karmiąc malucha w puntach medycznych (a ja wymawiam się porodem przy bieganiu rekreacyjnym). Osobiście nie zaliczyłabym tego do rozsądnych poczynań. To oznacza ze musiała ostro trenować podczas całego okresu ciąży ( zdrowe dla malucha?). To tylko dowodzi, ze umysły “ultrasów” działają trochę inaczej.

Fajnie jest spojrzeć na takie ekstremalne biegi oczami uczestnika (i to nie byle jakiego), dostrzec to, że on tez jest (nie) zwykłym człowiekiem, który cierpi, zmaga się z niechęcią i lenistwem, walczy z wymówkami i chęcią zostania pod ciepłą kołderką w paskudna pogodę  On tez popełnia błędy, ale szybko je analizuje i stara naprawić.
Polecam nie tylko osobom biegającym  Doskonale świadectwo ducha, determinacji i pasji, które może zmotywować człowieka do większego wysiłku. Również w życiu.

To co lubię w interesujących książkach to odsyłanie do innych interesujących książek, które pomagają zapełnić pustkę powstała po przeczytaniu ostatniej strony. Scott podaje mnóstwo ciekawych tytułów  które zainspirowały go w ten czy inny sposób  Czy może być coś lepszego niż sięgniecie po książkę  z której uczył się sam mistrz? Dzięki jego rekomendacji pochłaniam własnie “Chirunning” Danny’ego Dreyera (o niej będzie w następnym poście) i próbuje zdobyć “Chi marathon” tego samego samego autora oraz “Running with the whole body”.

Lista będzie uzupełniana, bo w kolejce już czeka kilka nowych tytułów.

Jaki pierwszy dzien...

...taki cały rok? Oby nie.

Sylwestrową noc spędziliśmy kangaroo style. M pochrapywał grypowo a my z Tygrysem spaliśmy na kangura (znaczy Tygrys spał a ja próbowałam znaleźć wygodną pozycję). Tatuńcio przytargał grypsko z pracy i powaliło Juniora. Temperatura 40,5C. Tak więc poranek noworoczny spędziliśmy na izbie przyjęć. I jakiego trzeba mieć pecha, że znowu trafiliśmy na tę samą panią Konował co ostatnim razem, gdy to przy trzydniówce wypisała nam antybiotyk na przeziębienie. Tradycyjnie panie zrobiła kwaśną minę, zjechała M, że też jej głowę zawraca, zbadała Tygrysa jak worek z kartoflami, wypisała receptę i jazda stąd. Żadnego wyjaśnienia co jak i dlaczego. Podejście istnie peerelowskie. Chyba nikt pani nie powiedział (dobre 70 lat na karku), że ustrój i podejście do klienta się zmieniły. 
Cały dzień spędziliśmy z Tygryskiem na misia koala, wczepiony we mnie nie ruszał się tylko spał i smutno łypał oczkami. Jak na facecika to był niezmiernie dzielny i znosił wszystko z cierpliwym spokojem. 

Chciałam odmienić trochę losy całego roku więc korzystając z okazji, że zasnął nie na mnie a w łóżeczku poszłam pobiegać. Cel w tym tygodniu: 14km. 

Dziś Tygrys już powoli wraca do siebie. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Podsumowanie tygodnia

Bardzo udany tydzień. Plan zakładał 12km (bardzo ambitnie, wiem), wykonałam z lekką nadwyżką - 12,61km. Korzystając z obecności Taty Tygryska zostawiłam śpiące maleństwo pod jego czujnym okiem (czytaj: obaj spali) i wybrałam się na wczorajsze i dzisiejsze brykanie. W planach miałam wprawdzie fajny urodzinowy bieg w czwartek, ale lało tak, że nie chciałam ryzykować skręcenia kończyny na roztapiającym się śniegolodzie. 
Na razie biegam bez ładu i składu, czyli buduję sobie spokojnie bazę pod bardziej ustrukturyzowany plan wkrótce. 

Wczorajszy poranek przypominał sceny z "Allo, allo". Wróciłam z biegania i zastałam ogólne poruszenie: ksiądz chodzi po kolędzie. OK, przyjdzie to go przyjmiemy, niewzruszona ruszyłam pod prysznic. Otóż, jakże mylne było moje nastawienie. Jego wizyta zaangażowała całą ulicę i nie z powodów duchowych. Rozdzwoniły się telefony. Sąsiadka X dzwoniła z informacją, że godzinę temu dzwoniła do niej sąsiadka Y, że od niej już wyszedł, więc gdzieś się zbliża, ale coś go u nich jeszcze nie ma. Zawieruszył się po drodze. Ale jak tylko od niej wyjdzie to da znać (Orzeł opuścił gniazdo, powtarzam Orzeł opuścił gniazdo). Za chwilę zadzwoniła sąsiadka Z pytając czy już coś wiemy (pewnie trzeba było szpilkę przesunąć na mapie ulicy). Kontrwywiad działa. Mieszkamy na rozwidleniu dróg, więc istniało zagrożenie, że księdza przejmą ci z  sąsiedniej ulicy zanim zdąży wejść do nas a to będzie oznaczało kolejne 2h. Niecierpliwe przedstawicielki tejże ulicy co raz to wychodziły na główną drogę sprawdzając położenie księdza. Tesciufka biegała od okna do okna a my z M patrzyliśmy na wszystko z niedowierzaniem. Taka, wydawałoby się  prosta czynność jak przyjęcie księdza na dosłownie 5 minutowa wizytę urosła tu do rangi operacji szpiegowskiej. 
Ksiądz został przechwycona przy bramce ku zrozpaczeniu przedstawicielstwa sąsiedniej ulicy (tu każdy mieszkaniec musi czekać na księdza przy bramce by go wprowadzić do domu a następnie odprowadzić gdzie przejmuje go sąsiad).
Dziwi mnie trochę to, że księdza trzeba podwozić. Przecież ma własne auto a jest w zasadzie w pracy więc powinien sam się postarać o transport jak to czynią zwykłe żuczki. Akurat na naszej ulicy domy stoją co 50m więc podwożenie nie miałoby sensu, ale już po dojściu do końca ulicy ktoś musi na niego czekać i odwieźć go na plebanię. Znajdującą się 300m (słownie: trzysta metrów) dalej. Niektórych panujących tu zwyczajów chyba nigdy nie zrozumiem i kultywować nie będę. 
Przynajmniej jakaś atrakcja była.
Po bieganiu potraktowałam się jeszcze 45 minutami dynamicznej jogi (DVD).

Wracając do biegania. Dziś zaplanowałam sobie LSD (nie, nie to które niektórzy mają na myśli , czyli Long Slow Distance run (długi powolny bieg). Z moją kondycją długi oznaczał jakieś 5km. Mając do dyspozycji tylko takie nawierzchnie



nie ma szans na jakiekolwiek podbiegi, fartlek czy inne wymysły. Powolne budowanie formy, to chwilowo mój cel. 
Wybrałam się do pobliskiego lasu dla urozmaicenia trasy. Początkowa droga wiodła wzdłuż lasu, wkrótce jednak zniknęła i zastąpiło ja zaśnieżone pole. Łydki mi jeszcze za to podziękują  Stopy bolały mnie jak po godzinnej jeździe na łyżwach. Znowu wpadłam w las, gdzie majaczyło coś na kształt drogi, 


ale i to wkrótce się skończyło. Podążałam szlakiem wytyczonym przez rozgrzebaną przez dziki ziemię. Wolałam się nie zgubić bo to jeszcze nie jest mój las (niby jest mój, ale jeszcze nie znamy się na tyle dobrze bym mogła tak przełajowo po nim biegać, zwłaszcza, że pod śniegiem wszystkie dróżki wyglądają inaczej). 
W końcu trafiłam na ślady płóz. Kulig - znaczy się cywilizacja.


W rzeczy samej ścieżka wkrótce doprowadziła mnie do często uczęszczanej drogi. 

Tofik

Szkoda tylko, że ta cywilizacja wyglądała jak dobrze wypolerowane lodowisko, i nie było mowy o bieganiu.



W sumie zrobiłam 5,3km istnie przełajowego marszobiegu. Bardzo przyjemnie było. 





wtorek, 25 grudnia 2012

Swiatecznie

Nie ma to jak dobry bieg swiateczny. Tygrys zasnal, a ja korzystajac z okazji poszlam na przebiezke. Ponownie powodujac uniesienie nawsiowej brwi: czy ona chora jest? W swieta? Zamiast siedziec za uginajacym sie stolem i ogladac Kevina?
A ja chcialam tylko zrobic miejsce na pieczona ges czekajaca u rodzicow ;)

W ubieglym tygodniu zalozylam sobie taki malutki targecik: 10k. Z tego zrobilam tylko polowe. Nie straszne mi bylo nawet -17. Ale gdy temperatura skoczyla (znaczy opadla) do -23C to sie poddalam. W tym tygodniu 12km.

Wesolych Swiat wszystkim blogaczom. Pomyslnych startow, rozwaznego biegania wolnego od urazow i jak najwiecej przyjemnosci z biegania.