czwartek, 8 lipca 2010

Co sie wydarzylo po zyli dlugo i szczesliwie czyli bajki o wlosko-japonskich cudach ciag dalszy

Pozwole sobie dzis zacytowac 2 pytania jakie otrzymalam.

'jak sie przestawialas z asicsow na pieciopalczatki ? i czy maraton polecialas w nich czy jednak w 'normalnych'

Przestawiam sie caly czas. Po kilkunastu latach korzystania ze wspomagania jakie daje obuwie nie sposob przestawic sie na 'bososc' w przeciagu kilku tygodni. Sa tacy, co probuja, a potem mamy artykuly o tym jak grupa amerykanskich zapalencow trafia do lekarza, bo po bosym weekendzie uszkodzili sobie co nie co.
Dziwi mnie, ze Vibram nie przygotowal jeszcze planu przejsciowego. Owszem VFF nie byly planowane jako buty do biegania, ale z wprowadzeniem na rynek Bikili i Speedow - modeli typowo biegowych przydalby sie plan treningowy ulatwiajacy zamiane. Jedyny taki plan znalazlam na stronie firmy Ecco, ktora wprowadzajac na rynek model BIOM probuje pewnie zgarnac czesc klientow zainteresowanych bieganiem naturalnym . Plan TUTAJ

Poczatkowo wedlug zalecen staralam sie przyzwyczaic stopy do nowego (starego jak swiat) sposobu chodzenia. Palczatki nosilam wszedzie gdzie sie dalo, przy ogolnym niezadowoleniu wspolpracownikow, ktorzy stawiali torbe tuz przed moimi stopami w pubie aby nikt nie widzial co mam na sobie. Czesto nosilam je nawet siedzac przy biurku w pracy (raz o maly wlos wyszlabym w nich na spotkanie z klientem, na szczescie kolezanka w pore dostrzegla ze jakas za niska jestem).
Po 2 tygodniach odwazylam sie na kilkunastominutowa przebiezke na biezni. Poczatkowo wyczuwalam lekkie napiecie w lewym kolanie, ktore zniknelo po kilku minutach truchtu. Na reszte treningu zalozylam asicsy. Powoli zwiekszalam czestotliwosc i dlugosc treningow. W tej chwili jestem w stanie przebiec w nich (bezkontuzyjnie) 10km.
Maraton(y) przebieglam w starych zjechanych asicsach. Mam nadzieje ze przyszloroczny juz bedzie w palczatkach. Teraz przeplatam treningi: jeden dzien biegam w palczatkach jeden w asicsach, nie chce przeciazyc miesni i stawow, ale chce je konsenkwentnie przyzwyczajac. Czuje ze stope mam o wiele silniejsza niz wczesniej. Co dziwne ostatnio biegalam w palczatkach i bieglo sie swietnie, potem ten sam dystans przebieglam w asicsach i czulam klucie w kolanie.

'i jeszcze jedno - tez kusi mnie zeby wcisnac sie w cwx - jak po kilku miesiacach wyglada temat zadowolenia z nich ?'

Zadowolenie nadal trwa i przeradza sie w lekki zachwyt. Czasem, gdy wydaje mi sie ze wcale nie sa takie fajne przesiadam sie na zwykle spodenki aby przypomniec sobie jak to bylo. Przede wszystkim trzymaja caly pas brzuszny na miejscu. Nic nie faluje na plecach (tak, tak ma sie tam troche tluszczyku) zaburzajac poczucie rownowagi, brzuch wciagniety co automatycznie wspiera plecy i poprawia postawe. Dol plecow juz nie boli, bo przestaje sie garbic. Miesnie ud i lydek podtrzymane i to tez oszczedza troche energii. Biegnie sie w nich lzej, tak jakbym do tej pory biegala z ciezarkami na kostkach.
W kwietniu bylo cieplo, dzien maratonu paryskiego byl dosc upalny a ja wcale tego nie czulam. Bardzo dobra wentylacja. I cos w tym odpowiednim ukrwieniu/dotlenieniu miesni i calej tej technicznej gadce musi byc bo miesnie regeneruja sie o wiele szybciej.
Polecam z czystym sumieniem. Wydatek spory, ale przeciez to nie sa jednorazowki i powinny mi wystarczyc na kilka sezonow. Poza tym dzialaja tez odchudzajaco a raczej any-tyciowo (nie moge przytyc bo sie nie zmieszcze).
Nie wiem czy jest mozliwosc przymierzenia ich w sklepie, dobranie rozmiaru nie jest latwe.

środa, 23 czerwca 2010

Dlugi dzien milych wrazen

Gdy z wielkim wysilkiem zwlekalam sie wczoraj z miekkiego lozka nie spodziewalam sie ze dzien zakonczy sie tak jak sie zakonczyl.
Zaczelo sie od sniadania, (czyli tak jak byc powinno a nigdy sie nie zdaza bo dodatkowe 5 minut snu wydaje sie o wiele cenniejsze niz kawa wypita przy stole), ale bylo to sniadanie dosc nietypowe. W ramach rowerowego tygodnia przy najczesciej uczeszczanych sciezkach Londynu zostaly zorganizowane bezplatne sniadania dla rowerzystow. Kawa, herbata, drozdzowki, bajgle z serem i szynka, nutella, soki. Moglam  pogawedzic z innymi rowerzystami, ktorych czesto mijam na trasie ale zazwyczaj konczy sie na przyjaznym kiwnieciu glowa, dowiedziec sie o antyzlodziejskim znaczeniu rowerow, rejetsracji, rowerowych imprezach typu: przebierankowa glamour ride w piatek, itd.



Pokrzepiona na ciele jak i na duchu ruszylam do pracy. Tu czekal na mnie bardzo mily mail od sweat shopu, w ktorym informowano mnie, ze pomimo uplyniecia regulaminowego czasu na zwroty oni z wielka checia przyjma moje GT2150 i wymienia na inny bardziej dopasowany model i ponownie przebadaja mi stopki. Za friko.

A pod koniec dnia znajoma przypomniala mi o koncercie Bon Joviego w O2. ebay jak zwykle okazal sie nie zawodny (i tani jak barszcz). Jedyny problem polegal na tym, ze bilety byly do odebrania w miejscowosci oddalonej od Londynu o godzine jazdy pociagiem. Okazuje sie, ze 12 minut to az nadto by wystrzelic z pracy jak z procy, doladowac karte na metro, dotrzec na dworzec Kings Cross, kupic bilet w odpowiednie miejsce i wskoczyc do prawie odjezdzajacego pociagu. Przy okazji zaliczylam mala wycieczke krajoznawcza. Teraz, gdy pogoda w koncu dopisuje trzeba bedzie zapakowac rower do pociagu i wybrac sie na aktywniejsze spedzanie weekendow. Anglia jest piekna i taka zielona. Zapomnialam juz jak wygladaja laki i pola ciagnace sie az po horyzont.
Po dotarciu na miejsce mialam tylko 3 minuty by zlapac powrotny pociag. Swietna organizacja logistyczna. Kid Rock i Bon Jovi dali fantastyczny koncert. Zdarlam sobie glos wydzierajac sie na niesmiertelnym "Keep the faith" czy smecac razem z pozostalymi 23000 widzami:
"an aaaaaaajjjjj  łyl lov juuuuuuuuu bejbeeeeee  oooooooolłejssssss" - szczenieckie czasy mi sie od razu przypomnialy. Chlopaki tryskali energia i w niczym nie przypomniali prawie 50latkow.

Lubie takie dni, gdy zycie czeka z milymi niespodziewankami i wystarczy tylko wyjsc za prog by sie na nie natknac.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Speed a Sprint - nowa zabawka

Gdy padalo, siapilo, mzylo a snieg zalegal na chodnikach wstawalam wczesnie rano i z checia wychodzilam pobiegac. Nie straszny byl zacinajacy deszcz, wiatr i chlapa. Teraz, gdy sloneczko swieci od rana, lekki wiaterek chlodzi rozpalone czolo, a drzewa uzyczaja przyjemnego cienia nie moge sie  zebrac by nalozyc butki i wyjsc z domu. Wsiakam w kanape i nie mam sily by sie z niej podniesc.
Troche mi wstyd, ze ja moge a nie biegam a tyle osob siedzi na lawce kontuzjowanych i marzy o tym. Wczoraj wzielam sie w garsc i poszlam na 7.5km przebiezke. Mialam nowa zabawke do wyprobowania wiec tym bardziej znalazly sie checi.

Na poczatku marca zamowilam sobie pare Vibramek - model Speed. Ich Europejska (i jedyna, choc raz cos wyprodukowane dla nas a nie dla USA) premiera byla zapowiadana na polowe/koncowke marca. Niestety data przesuwala sie coraz bardziej w strone lata i zdarzylam o nich zapomniec. Firma miala sie ze mna skontaktowac gdy buty beda dostepne aby upewnic sie ze nadal jestem nimi zainteresowana. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy we wtorek rano Concierge przyniosl mi pudelko z para Speedow. Na szczescie firma odjela 30% ceny w ramach rekompensaty za prawie 4 miesieczna zwloke.



Buty sa bardzo wygodne. Obawialam sie problemow z zakladaniem jako ze sa bardziej zabudowane niz Sprinty, ale okazuje sie to o wiele latwiejsze. Mam wrazenie, ze jest wiecej miejsca na kazdy palec. Buty sa bardzo mile w dotyku, wykonczenia i szwy nie podrazniaja skory, wiec mozna je nosic na bosa stope.


 


Podeszwa zaprojektowana z mysla o bieganiu sklada sie z kilku malych platform, grubszych na przodzie stopy. Dodatkowo luk zamiast typowej dla VFF gumy jest pokryty poliuretanowa pianka. Podeszwa jest przez to troche grubsza niz w innych modelach na czym traci poczucie "bososci" nie mniej jednak nie ogranicza ruchow stopy i w niczy nie przypomina biegania w typowych butach sportowych. Biegajac laduje sie na przodzie stopy i nadal dzialaja te same mechanizmy jak podczas biegania boso.


 

Wnetrze buta jest wyscielone materialem Dri-Lex, bardzo milym w dotyku, ktory ma za zadanie zmniejszanie uczucia wilgoci, zapachu i odparzen. Niestety jest biale. Juz to zolte w Sprintach brudzi sie niemilosiernie, az sie boje pomyslec co bedzie sie dzialo z bialym po kilkudziesieciu minutach biegu.

Tyl buta, zamiast typowego dla Vibramek rzepowego zapiecia ma miseczke na piete co decydowanie poprawia komfort, tak jak i miekko wykonczone brzegi i jezyk.
Nie wiem czy zapietek (napietek?) nie jest troche za wysoko bo mam teraz wrazliwa skore w tym miejscu, tak jakby lekko otarta/naduszona. Brakuje mi tez jezyczka na piecie za ktory mozna pociagnac nakladajac buty. Przez to ze sa tak zabudowane nie maja juz tego uczucia przewiewnosci, jak inne modele, ale wentylacja nadal jest dobra i stopy nie poca sie za bardzo.

Bol kolana, ktory towarzyszyl mi ostatnimi czasy nie pojawil sie nawet na chwile. Obawialam sie, ze moze stopy jeszcze nie przywykly do biegania bez amortyzacji, ale bieglo sie dobrze. Buty swietnie trzymaja sie nawierzchni, zarowno na trawie, chodniku jak i szutrze. Wschodni Londyn jest pozbawiony mostow wiec by przedostac sie na druga strone rzeki musialam pokonac prawie 2km tunel. 10 minut w goracym,, pelnym spalin tunelu to zdecydowanie nie byl najlepszy pomysl. Przyspieszylam by jak najszybciej wydostac sie na zewnatrz i bylo to o wiele latwiejsze niz w normalnych butach. Swietne odbicie z przodu stopy. Zobaczymy jak beda sie sprawowac dalej.

Zalety treningu i uzywania na codzien VFF wedlug ich tworcow:

- wzmacniaja miesnie stopy i dolnej czesci nog, poprawiajac stan ogolny stop i zmniejszajac ryzyko kontuzji
- zwiekszaja zakres ruchu kostek, stop i palcow u stop, ktore nie sa scisniete razem w komorze buta dzieki czemu moga sie swobodnie poruszac
- stymuluja system nerwowy odpowiedzialny za rownowage i zwinnosc. Podczas noszenia VFF tysiace receptorow znajdujacych sie na stopie pobieraja i przesylaja do mozgu wazne informacje o podlozu
- poprawiaja propriocepcje (zmysl orientacji ułożenia części własnego ciała )
- eliminuja uniesienie piety co poprawia postawe i wlasciwe ulozenie kregoslupa – poprzez obnizenie piety ciezar ciala jest rownomiernie rozkladany na stopach
- pozwalaja cialu i stopie poruszac sie w sposob naturalny co zwieksza komfort ruchu 


Niech zrobia polowe tego co obiecuja i ja juz bede zadowolona.

P.S Bardzo ciekawa rozmowa Dariusza Bugalskiego z dr Ryszardem Smialkiem lekarzem sportowym, szefem Centrum Leczenia Urazów Sportowych Carolina Medical Center w Warszawie i Wojciechem Staszewskim, reporterem "Gazety Wyborczej", jednym z organizatorów akcji "Polska Biega" radiowym "Klubie Trojki" na temat ksiazki "Born to Run" i fenomenu biegania naturalnego.
Tutaj można go posłuchać. 

Alicja w krainie czarów

Wystawy przedmaratonowe przypominaja troche kraine czarow. Pelne sa cudow i niesamowitosci, ktore nie zawsze do konca rozumiemy. Sprzedawcy zachwalaja swoje produkty, twierdzac, ze sa naj -lepsze/ciekawsze/bardziej zaawansowane technologicznie i obiecuja prawie niemozliwe. Mozna podotykac, zalozyc, wyprobowac, skosztowac i wszystko za darmo. A  oprocz tego wszystko przynajmniej 10% taniej.
Majac tegoroczne przedlondynskie Expo tuz kolo domu nie moglam sie oprzec by na nie nie zajrzec. Na wejsciu witaly rzedy rejestracyjne dla tych nielicznych szczesliwcow, ktorym udalo sie dostac. Jezeli wczesniej nie czulam jakiegos szczegolnego rozzalenia z powodu odrzucenia tak tu dopadlo mnie ono z podwojna sila a czerwien wreczanej siatki klula zazdrosnie (tak sie pewnie czul statystyczny Polak na widok siatki z Pewexu w zamierzchlych czasach octu i pietruszki).
Duza czesc przestronnej sali zajmowalo stoisko adidasa (glowny sponsor) oczywiscie, prezentujacego najnowsza kolekcje. Skorzystalam z uprzejmosci jednego z doradcow i zanalizowalam sobie stopki. Pan nie byl nawet zbyt nachalny i wypuscil mnie bez namawiania do zakupu. 
Zajrzalam do Nike, Karimora, zaopatrzylam sie w zelki na stoisku Lucozady, tesknym wrokiem ogarnelam Garmina i pomacalam Gore. Na dluzej zatrzymalam sie w Asicsie. Mam dziwny sentyment do tej firmy. Moja pierwsza biegowa para z prawdziwego zdarzenia. Chcialam zajrzec do nich podczas wystawy w Paryzu, ale M ciagnal mnie na slonce (zwlaszcza jak zobaczyl kolejke). Stoisko Asicsa obslugiwalo kilku Ekspertow (obecnie, w kazdy piatek  prowadza klinike biegowa na stronie runner's world). Zapobiegawczo wzielam ze soba stara pare aby pokazac jak i gdzie sa zuzyte. Pan Ekspert zlapal sie za glowe widzac ich stan (2000km) i sfilmowal moje stopki by pokazac co sie z nimi dzieje. Faktycznie, zero wsparcia, lewa stopa ucieka w bok (efekt peknietego piszczela 15 lat temu). Co dziwne Pan Ekspert stwierdzil ze ktos sie mocno pomylil doradzajac mi moje Nimbusy (nigdy nie mialam nic wygodniejszego). Przyniosl mi pare GT 2150. Rozowych...

Pomijajac kolor czulam sie w nich dziwnie. Sa o wiele wezsze niz Nimbusy, wiec obejmowaly stope dosc scisle. Biegajac w nich czulam sie jakbym plynela. Byly tak wysokie i miekkie. Za miekkie? Juz zapomnialam jak biega sie w nowych butkach. Pan zaproponowal ciekawa znizke, dorzucil spodenki i koszulke i troche voucherow na przyszle zakupy o dalam sie skusic. Musze pocwiczyc asertywnosc bo to nie byla najlepsza decyzja. Od tego czasu biegalam w nich 2 razy i kazdy konczyl sie kustykaniem w drodze powrotnej. Podeszwa prawego buta jest za sztywna. Po 5 minutach bol stopy jest tak silny ze ledwie ide. Czuje sie jakbym biegla w parze Undergroundow a nie butach sportowych. Nie wiem czy mam je jakos rozlamac czy po prostu wymienic na inny model.

Ku wielkiemu zaskoczeniu na samym koncu sali znalazlam rowniez stoisko z Vibramkami. Nareszcie moglam podotykac, przymierzyc, podeptac po kamykach, zwirze, zuzlu, korze trawie (wszystko w obrebie tegoz stoiska). Panowie byli hiperuprzejmi i zartowalismy sobie dobre pol godziny. W tym czasie przymierzylam kilkanascie roznych modeli i zrobilam pare rundek wokol. Niestety master kolorystyk stwierdzil ze czerwony (jedyny i sluszny kolor) nie jest kobiecy. Kobiety to powinnym w lila roz, fioltach i blekitach chodzic. Meska wersja nie schodzi ponizej rozmiaru 40. Cale szczescie model Sprint, bo na ten sie zdecydowalam, ma swietna regulacje zapietka. I tak stalam sie szczesliwa posiadaczka malpiatek (dzieki uprzejmosci jednego z panow i porzadnego upustu cenowego).


Sa bardzo wygodne. Troche jak chodzenie w skarpetce z grubsza podeszwa. Jest na tyle gruba, ze nie straszne mi kawalki szkla, ale odpowiednio cienka i daje poczucie chodzenia na boso. Zdawaloby sie Londyn - miasto ktore widzialo wszystko, a chyba nie jest jeszcze gotowe a VFF. Przechodnie patrza zdziwieni na moje stopy, gdy idziemy do pubu koledzy z pracy stawiaja torbe przed moimi stopami by nie wzbudzac zainteresowania. 2 tygodnie temu bylam w Polsce i buty spotkaly sie z dosc sporym zainteresowanie na lotnisku. Wspolpasazerowie wytykali mnie palcami, zatrzymywali by zapytac "co to jest???" a nawet spytac gdzie mozna je dostac. Butki zdaly egzamin na rowerze, podczas lekkiej przebiezki, a nawet jako ratunek dla stop po wysokoobcasowej imprezie (zapobiegawczo wrzucilam je do torebki). Przez pierwszy miesiac staralam sie w nich chodzic jak najwiecej aby przyzwyczaic stope i sciegna do nowego sposobu.

czwartek, 10 czerwca 2010

Rozruch

W ramach akcji rozruchu poznowiosennego (czytaj: niedopinajacych sie spodni) odpajeczylam rower i wybralam sie nim do pracy. Ku mojemu zaskoczeniu prawie cala sciezka rowerowa w okolicach Tower Bridge przypominala typowa polska droge po zimie. Jedne wielkie roboty drogowe, zryty asfalt, zero objazdu, dziura na dziurze. Nie tego spodziewalam sie po jednej z najczesciej uczeszczanych sciezek.
Tabliczka informowala lakonicznie o dosc nieokreslonej dacie ukonczenia jako Lato 2010. Mialam tylko nadzieje, ze pojdzie im troche szybciej niz 3 tygodniowa modernizacja 10m sciezki tuz kolo mojego domu. To bylo 2 dni temu. Dzis rano (odpuscilam sobie wczorajszy dzien, bo co sie bede po dziurach telepac, jeszcze krzywde zrobie sobie lub rowerkowi) przywital mnie gladziutki asfalt. W niektorych miejscach sciezka nadal jest nieprzejezdna, ale to juz drobny szczegol i jestem pewna ze obnizenie kraweznikow pojdzie im rownie szybko. Zamiast zielonego dostaniemy tez niebieska powierzchnie. Mam tylko nadzieje ze jaskrawy niebieski powstrzyma w koncu pieszych od paletania sie pod kolami.



W pewna konsternacje wpedzaja mnie jednak niektore znaki i nie wiem do ktorych mam sie stosowac? Czy to na zasadzie eliminacji (ene due rabe), czy w zaleznosci od nastroju (wybieram opcje B).





poniedziałek, 24 maja 2010

Lato

Kompletne rozleniwienie pismienno - biegowe mnie dopadlo. Temperatury w Londynie siegaja magicznej poprzeczki 30C, muchy fruwaja w zwolnionym tempie a ja z lenistwa przesiadlam sie na metro. Temperatura w metrze siega pewnie 40. Bydlo sie przewozi w lepszych warunkach, ale co tam, ludzie nie takie rzeczy wytrzymaja. Sekunde po przekroczeniu progu wagonu wszystko zaczyna sie kleic do ciala (lacznie z wspolpasazerami). Pogoda nie nastraja biegowo. W czwartek wyszlam na 8km wieczorna przebiezke wokol dokow. Pot zalewal oczy zniechecajac skutecznie do zrobienia kolejnej petli. Przebiegajac pod balkonami jednego z blokow zderzylam sie ze sciana chlodnej wody wylanej na mnie z jednego z balkonow przez podstarzala mlodziez. Nawet sobie nie uswiadamiali jak mile orzezwienie mi zafundowali.

Na weekend mialam zaplanowane 14M spacerowym tempem. Korzystajac z pieknej pogody wybralismy sie nad morze, posiniaczyc sie troche lezac na kamienistej plazy.


W drodze do domu naszla mnie ogromna ochota na kluski slaskie.Wyszlo tego ze 2 kilo, kleilam do 11 i na bieganie juz czasu i sily nie starczylo.

wtorek, 11 maja 2010

Blues

Po-maratonski blues mnie dopadl. Zbieram sie do napisania relacji z maratonu(w), ale jakos powoli mi idzie. Emocje juz opadly, szara rzeczywistosc wdarla sie niezauwazalnie i trudno mi sie pozbierac i odtworzyc te uczucia, ktore targaja czlowiekiem w trakcie i tuz po. Musze usiasc na chwile w ciszy i wyciagnac wspomnienia z plataniny mysli. To za chwile.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Oto ja - Maratonka

"I belive I can fly...
I belive I can touch the sky..."

Nic nie rowna sie z uczuciem przekroczenia mety po pokonaniu 42.195km.

A oto oficjalne wyniki

piątek, 9 kwietnia 2010

2

if you can't run then walk, if you can't walk then crawl, but whatever you do you have to keep moving forward!"


I z tym pozytywnym akcentem wyruszam na podboj Paryza. Vive La France, vive le vin, vive la baguette


Jezeli nie pojawie sie tu do wtorku to znaczy ze ciagle jeszcze  czolgam sie do mety

czwartek, 8 kwietnia 2010

3

Przed-biegowa panika.
Caly wieczor probowalam znalezc bilety na eurostara. Pamietalam, ze je wydrukowalam i schowalam w bezpiecznym miejscu, czyli takim gdzie do glowy by mi nie przyszlo szukac. No i faktycznie. Bilety sa, potwierdzenie rejestracji mam chyba juz w 4 kopiach (na wszelki wypadek, jakbym zgubila pozostale 3), mapki, zaswiadczenie od lekarza wyslalam impoczta, ale na wszelki wypadek kilka kopii wezme ze soba.
Pozorna organizacja probuje zamaskowac strach i poczucie winy zaniedbywaniem treningu w ostatnim czasie. Tradycyjne westchnienie: Ehhh zeby jeszcze tak kilka tygodni...
Z obawa przechodze przez ulice aby nic mnie nie rozjechalo/potracilo, powoli chodze poschodach aby chociaz nogi nie skrecic, bo wiadomo nieszczescia czyhaja na czlowieka zwlaszcza 3 dni przed biegiem.
Na dodatek juz piete otarlam w drodze do pracy w nowych butach. Moze ja powinnam sie zamknac w pokoju z miekkimi scianami i tam przeczekac?

Bedzie dobrze, bede sie swietnie czuc, pogoda zapowiada sie idealnie slonecznie, 13C, lekki wiatr z polnocnego wschodu, nie za wysoka wilgotnosc. Malownicza trasa, sympatyczni ludzie, piekne okolicznosci przyrody, kury, kaczki, drob...


środa, 7 kwietnia 2010

4 Zasypac czy zasmarowac?

Zaopatrzylam sie wczoraj we wszelkiego rodzaju zelki energetyczne i batoniki owsiane. Jedzeniowo jestem gotowa.
Kolejny dylemat: jak zabezpieczyc sie przed otarciami/odciskami? Zasypac stopy talkiem czy zasmarowac je wazelina? Sama nie wiem ktora wersja lepsza. Buszuje po Internecie probujac znalezc podpowiedz od madrzejszych (czytaj: doswiadczonych) biegaczy.

wtorek, 6 kwietnia 2010

5

Poswiateczne rozleniwienie. Buty za ciezkie, spodnie za ciasne, trudno sie schylic by zalozyc skarpetki. Kto wymyslil bieganie maratonu tuz po swietach? Z trudem przywleklam rozleniwione cialo do pracy. Znowu powietrze mi zeszlo z tylnego kola. Po pracy czeka mnie wizyta w Decathlonie i zakup detki i zelkow. Profilaktycznie ubralam sie dzis po biegowemu to potruchtam droge do sklepu. Zawsze to dodatkowe 10k.

czwartek, 1 kwietnia 2010

9

It does not matter how slowly you go so long as you do not stop.


Confucius

I to bedzie moja mantra na kolejny weekend.

środa, 31 marca 2010

Pada

Pada, siapi, leje, kapie - Londynska wiosna w pelni. Czasem jeszcze wieje. W normalnych okolicznosciach przyrody siedzialabym z kubkiem cieplej herbaty nad ksiazka, lub przynajmniej w ciemnosciach kina. Zamiast tego biegam codziennie droge powrotna z pracy (11k), lawirujac pomiedzy wszedobylskimi parasolami, usmiechajac sie do kierowcow stojacych w wielokilometrowych korkach, tanczac pomiedzy coraz glebszymi kaluzami. Cicha nadzieja, ze przez te ostatnie 2 tygodnie uda mi sie przygotowac do M. Poprawilam swoj czas na tym (powrotnym do domu) dystansie o cale 8 minut. To juz sukces.
A po dobiegnieciu do domku wiem, ze czekaja na mnie cieple welniane skarpetki, parujacy kupek bialej herbaty i czekoladowy sernik. Wiec warto

poniedziałek, 29 marca 2010

yyyyyyy

12 dni, ale jak to? przeciez dopiero bylo 185, a ja taka nie przygotowana.

Budzik zadzonil rano o 6.30, i jak zwykle przewrocilam sie na drugi bok myslac: jutro. Zamiast rowerem wybralam sie do pracy metrem. Przebiegne droge powrotna.

czwartek, 25 marca 2010

Wiosna

Dopadlo mnie wiosenne rozleniwienie przesilenie. Zamiast pelna energii wyrywac na dwor przewracam sie na drugi bok. Juz nawet nie probuje wstac rano wczesniej by pobiec do pracy. Wieczorem pedalujac po zatloczonym Londynie planuje jakby tu i gdzie pobiegac. Ale zanim dotre do domu jestem tak wykonczona probami nierozjechania zadnego paletajacego sie po sciezce rowerowej przechodnia, ze po opadnieciu na kanape juz tam zostaje. Potem bede narzekac, ze za malo treningu i nie moge dobiec do mety. Zadziwiajace, czesciej i chetniej biegalam gdy bylo zimno, pochmurno i zalegalo sniegiem niz teraz.
Wczoraj wybralam sie na Piccadilly Circus w poszukiwaniu skarpetek. Nie bede ryzykowac kolejnego odcisku. Planowalam wybrac sie do Nike, ale przedzieranie sie przez hiper zatloczona Oxford Street w godzinach pozno popoludniowych bylo ponad moje sily. No wiec poszlam po skarpetki, ale do Lillywhite'a nie idzie sie nigdy po jedna rzecz. To sklep sportowy rozrzucony na 6 pietrach z przecenami na wszystko: od biegania po futball, golf i inne cuda wianki. Dzial z bieganiem jest strategicznie umieszczony na ostatnim pietrze (wysokosc wispinaczki schodowej odstrasza wiekszosc turystow, ktorazy odpadaja gdzies na 3 wiec na ostatnie pietro docieraja tylko najwytrwalsi. Do tej pory wizja wpinania sie na ostatnie pietro dzialala ostudzajaco na wszelka chec zakupowa. Niestety odkrylam winde, ukryta w zaulkach wieszakow na polparterze. Po godzinie szwendania sie pomiedzy polkami, zerkania tesknym zwrokiem na wieszaki z Gore wyszlam z para skarpetek Nike Elite, pasem biodrowym z bidonem (stwierdzilam ze sie przyda gdy po ostatniej niedzielnej 25kilometrowej przebiezce z jezykiem jak wior wpadlam do przydroznego pubu blagajac barmana o szklanke kranowy i grozac natychmiastowa smiercia na jego oczach), chusta na glowe, kolejna para spodenek 3/4, stanikiem Adidasa (90% taniej) i 2 parami okularow (1 funt). Taaak, zdecydowanie zakupy biegowe wychodza mi lepiej niz samo bieganie.  

wtorek, 23 marca 2010

Polowka na Silverstone - wrazenia

Miala byc relacja dnia nastepnego a jest nastepnego tygodnia.

Kolejna poloweczka (juz trzecia), drugi raz w tym samym miejscu, a zatem wiedzialam czego sie spodziewac. No i nie oszukujmy sie, liczylam na poprawienie wczesniejszego wyniku. Wedlug planu ze stronki runners world powinnam byla przebiec w 1h 50min. Lub przynajmniej kolo tego. Efekt koncowy? Moze o tym pozniej.
Znajomy jechal autkiem, wiec tym razem nie musialam sie zamartwiac o transport. Od rana swiecilo piekne slonce, niestety po dotarciu na miejsce okazalo sie ze gratisowo dostaniemy dosc porywisty wiatr. Juz idac na tor zalowalam ze nie wzielam opaski, pocieszalam sie ze zatkam uszy sluchawkami i miejmy nadzieje to wystarczy.
Jak zwykle jednym ze sponsorow byla Lucozada. Szybka rundka po ich namiocie i wyszlam zaopatrzona w isotonik, kilka zelkow energetycznych, opaske z rozpiska czasu na 1:50 i balsam do ust. Nigdy nie probowalam zadnych wspomagajacych zeli, wiec bylam ciekawa co potrafia i jak na nie zareaguje.
Mnostwo osob traktuje ten bieg jako swego rodzaju sprawdzian przed zblizajacym sie maratonem londynskim. Musze przyznac, ze przydaje sie, tak na kilka tygodni przed Duzym eM. Aby uswiadomic sobie, gdzie sie stoi z treningiem i kondycja ( a raczej aby dostrezc jak bardzo w lesie sie jest i by zmiazdzyc pochopne nadzieje na nie-wiadomo jak dobry czas na maratonie).
Z duma ruszylam ku wejsciu dla biegaczy ponizej 2h.
Pierwsze 2 mile nie zaskoczyly mnie niczym nowym: tradycyjny bol piszczeli. Nie poddalam sie i po 3 mili bol minal. Trzymalam sie zakladanego tempa 5'14"/km. Niestety okazalo sie, ze moja opaska Nike nie jest odpowiednio wykalibrowana i ze bieglam za wolno.
Mniej wiecej od 5 mili wyczulam lekkiego odciska formujacego sie na podbiciu lewej stopy. Nie wiem skad on sie tam wzial. Przeciez biegam w tych butkach od tak dawna (moze pora na nowe?) i do tej pory sie nie zdazaly. Odcisk umiejscowil sie w tak strategicznym miejscu (na poduszce), ze opadalam na niego calym ciezarem przy kazdym kroku i czulam jak robi sie coraz wiekszy i bardziej bolesny. Mimo wszystko nie zwalnialam i trzymalam sie ustalonego tempa.
W tym roku prace budowlane trwajace na torze zepsuly troche wrazenia estetyczne. Zamiast rundki po calym torze, zrobilismy tylko krotki odcinek, przemykajac "dziura" w siatce na drogi serwisowe. Trawa bujna i zielona sama z siebie nie jest, wiec akurat byla nawieziona kompostem. Wiem, bo przebiegalam kolo niej trzykrotnie i za kazdym razem staralam sie nie oddychac.
2 opakowania zelkow postanowilam wykorzystac na 6 i 10 mili. Pierwsze wrazenie: ulepek, slodko az drojko, jakby powiedziala prababcia Karolina. Zel klei sie do podniebienia, skleja zeby i palce, gdy niechcacy sciskam tubke za mocno. Dobrze ze mialam ze soba wode. Nie moglam zlapac smaku, przed oczami widze babcie i jakies mgliste wspomnienie czegos z jej kuchni, troche pachnie dymem z ogniska. Czego oni tam do srodka daja? Obylo sie bez sensacji zoladkowych i kilka(nascie) minut pozniej poczulam nagly przyplyw energii. Zwlaszcza ten na 10 mili pomogl mi ruszyc do przodu.

Tegorocznej poloweczce brakowalo odswietnego charakteru, ktorego w ubieglym roku nadawali biegacze w przebraniach. Nie bylo nosorozcow (ktore zawstydzily mnie ostatnio zostawiajac mnie daleko w tyle), biegajacych bananow. A moze to po prostu fakt, ze wtedy to bylo moje pierwsze zmierzenie sie z tym dystansem?

Ogolnie bieglo sie dobrze, nawet bardzo dobrze. Ogolne zmeczenie bylo, ale nei staralam sie biec "za wszelka cene", akurat tyle by bylo przyjemnie (o ile mozna uzyc tego slowa).

No dobra, przeciagam. efekt koncowy mnie troche:
a) zaskoczyl
b) rozczarowal
c) sprowadzil na ziemie

1:57:58

Wine za ten czas zrzucam na:

a) wiatr: dobre 3 minuty pochlonelo bieganie pod wiatr. Gdy wpadalam w tunel podwietrzny chwilami trudno bylo mowic o bieganiu, to bylo oporne suniecie do przodu

b) odcisk: bolal i mimo wszystko chwilami bieglam wolniej. 1.5-2min

c) zle wykalibrowana opaske, ktora przez kilka mil ludzila mnie, ze biegne odpowiednim tempem a gdy w koncu zalapalam ze cos jest nei tak bylo za pozno i trudno juz bylo przestawic sie na szybsze

d) lenistwo: brak wlasciwego przygotowania, opuszczanie okolotygodniowych biegow, treningu szybkosciowego i redukcja do samych dlugich wybiegan

Mimo wszystko to i tak lepiej o cale 7'39" niz w poprzednim roku.

Organizacyjnie bez zarzutu. Stacje z woda i isotonikami na przemian rozstawione na calej dlugosci trasy. Akurat konczylam poprzednia butelka gdy dobiegalam do nastepnej stacji z napojami. Mnostwo wolontariuszy rozstawionych po obu stronach ulatwialo wziecie napoju, wiec nawet nie musialam zwalniac. Jedyne "ale" to koncowe koszulki: dlaczego organizatorom wydaje sie, ze kazdy polmaratonczyk jest w rozmiarze XXL? Koszulka nadaje sie tylko do spania.



Nastepnego dnia: bol zmeczonych miesni i sciegien i nawet moje kosmiczne gacie niewiele mogly zdzialac. Po dwoch dniach kustykania po biurze odkrylam tajemna bron: buty na obcasie. Sciegna nie naciagaja sie i bol zniknal jak reka odjal. Zaproponowalam moj sposob obolalemu koledze, z ktorym bieglam (1:38"), ale stwierdzil ze woli jednak pocierpiec. Faceci...

niedziela, 14 marca 2010

Pol maratonu adidas Silverstone 2010 czesc.1

Na świeżo, tuz po połóweczce, szybkie przemyslenia. Nasuwa sie tylko jedno: aaaaaaaaaaaałłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłlaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

piątek, 12 marca 2010

Przedbiegowo

Po sobotniej przebiegnietej 30tce zastanawiam sie jak rozwiazac zagadnienie zywieniowe na zblizajacym sie wielkimi krokami maratonie. Zdac sie na stacje dokarmiajace zapewnione przez organizatora, czy liczyc na siebie i trzymac zapasowego banana w kieszeni? Po 30tu km bez zadnego izotonika, czy batona lekko slanialam sie na nogach, szukajac najblizszego Tesco w celu podniesienia poziomu cukru.

W niedziele proba bojowa - pol maraton na torze Silverstone z ambicja zejscia ponizej 1:50. Moze wyprobuje jakies zelki dolaczane do koszulek z poprzednich biegow i zobaczymy jak na nie zareaguje. Mam nadzieje ze nie odbije sie to negatywnie.

wtorek, 2 marca 2010

Dylematy

"Juz byłem w ogródku witałem sie z gąską..."

Z powodu pewnej ulewy ominęło mnei długie wybieganie w niedzielę. Odrobiłam to częściowo wczoraj biegnąc 11km do pracy (poprawiłam swój czas o całe 6min) i 13km spowrotem. Skąd taka róznica? Poszłam na polowanie vibramek. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach udało mi sie w końcu namierzyć sklep, który miał kilka modeli. zdawałoby sie Londyn - centum świata (jak lubia mawiać o sobie Anglicy) a ostatnio mam coraz wieksze trudności ze znalezieniem biegowych gadżetów. Znalazłam w koncu niepozorny sklepik na Highgate & Islington z kilkoma parami niedbale zalegającymi na półce. Zaczęłam od mierzenia modelu Sprint, bo akurat ten byl w moim rozmiarze. 


Po pierwsze - wcale nie sa takie łatwe do założenia. Trzy wieksze palce wchodzą w miare sprawnie podczas gdy najmniejsze gdzieś sie zaplątowuja nie chcąc za nic trafić na swoje miejsce. Po kilku chwilach (i nadgorliwej uczynnej pomocy pana sklepikarza) udało mi sie je załozyc. Co za dziwne uczucie. Niby boso, ale w butach, troche jak w szpilkach ze złamanym obcasem. Dziwnie zaburzona równowaga stopy, pięta opada. Zbyt dużo nie dało sie wyczuc z kilku kółek które zrobilam wokół sklepiku. Butki strasznie zmachlaczone. Pewnie ciekawscy często je mierzą zadziwieni kształtem. Poprosiłam pana o inna kolorystyke (znaczy się w jedynym słusznym, czyli czerwonym). W zamian dostalam lila-różowe. No tak, mam juz gatki rozmiarem z Barbie to czemu nie miałabym jej bucików? Grzecznie podziękowałam i pobiegłam do domu. Lekko zawiedziona, chociaż po dogłebniejszych dzisiejszych poszukiwaniach zawiedzenie przeszło w zadowolenie. 
Five Fingers nigdy nie byly docelowo butem do biegania. Początkowo miały byc alternatywą dla żeglarzy, coś co ochroni stopy dając jednocześnie swobode ruchu. W odpowiedzi na coraz szersze zainteresowanie firma nie kazała długo czekać i juz w tym miesiącu wypuszcza na rynek nowy model SPEED, zaprojektowany z myślą, miedzy innymi o biegaczach.  

Co ciekawe, buty do tej pory robiące furrorę w Stanach model Speed będa miały dostepny tylko w Europie. Choc raz to my a nie oni (hihi), co oznacza, że nie będę musiała przekopywac się przez setki stron by w końcu znaleźć jakiegoś dystrybutora. Prawdę mówiąc juz je znalazłam na stronce purefootwear gdzie mozna je już zamówic z 10% znizką. Według informacji na stronie będą dostepne juz w marcu, czyli bardzo niedługo. Wprawdzie paryskiego maratonu nie uda mi sie w nich przebiec, wiadomo stopy i łydki będą potrzebowały czasu do przyzwyczajenia sie do nowego stylu biegania, ale może juz maraton warszawski...
Teraz nei pozostaje nic innego jak czekac na pana listonosza. Eh jak za starych, dobrych czasów...