czwartek, 26 kwietnia 2012

aaaagórka potrzebna od zaraz

Nie chciała góra do Machometa... W planie na wczoraj podbiegi. Ale jak? Mieszkając na Płaskatości Lubelskiej, a wręcz Zaklęsłości Łukowskiej górek ci u nas jak na lekarstwo. Jedyne co znalazłam to zjazd do stawiku, który mam za domem, tak na oko 10m dlugości. Trening wyglądał tak: 1,6k slimaczym tempem (7,2/km), 30s wbiegania sprintem na 'górkę' i zbiegania spowrotem, 1,6k slimaczenia. Na 30s to sie jeszcze nada, ale na przyszłośc będę chyba musiała dokopac sie do bieżni. Albo przeszukac okolice pod kątem pochyłości. 

Na dziś zamiast biegania cwiczonka.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Brutalne zderzenie z rzeczywistoscia

Ni mom kondycji. W ogole. Rzeczywistośc brutalnie przywaliła mi w splot sloneczny pozostawiając na bezdechu i bez zludzen. 
Korzystając z obecności Babci Tygryska, która ochoczo przejęła dziecię pod opiekę postanowilam wybyc na bieganko. Zgodnie z planem zresztą. Wczoraj myslałam: cóż za fantastyczny plan, ktory zaczyna sie od dnia wolnego. Dzisiaj moje mysli formują się raczej w coś na kształt: co za sadysta kazal mi skakac na jednej nodze?

No więc plan. W zasadzie ma sens. Rozpoczyna sie od tempa dostosowanego do obecnej kondycji a nie do planowanej. Jest tabelka wedlug ktorej ustala się na jakim poziomie zaawansowania biegowego sie jest na podstawie wynikow z ostatnich biegow.(od 50 czyli wystarczająco by ledwie prześcignac ślimaka do 1, czyli taka Radcliffe)  Stwierdziłam, że nie będę przeambicac(?) / przeambicjonowywac(?) i zacznę od tej 50. W każdej chwili będe przeciez mogła wskoczyc na wyzszy poziom. Plan zakladał na dziś 2mile (3,2k) w tempie podstawowym (czyli dla mnie to 7,11-7,30/km) plus 20s biegania bez rak (znaczy z łapkami z przodu obejmujacymi niewidzialna piłke) i 20s skakania na jednej nodze. 

Pierwsza mila poszla gladko. Skoro juz zaczynam od podstaw to wyciagnęłam pare Vibramek - będę sie uczyc biegac na nich. Pocwałowałam w kierunku Stumilowego Lasu. Zawrotne tempo pozwoliło w pełni rozkoszowac się wiosną, która rozpanoszyła sie juz na dobre. Cały las pokrył zielono-biały dywan zawilców. Cudnie było. A potem zaczęłam skakac. 20 sekund, a ja zipałam jak parowóz. Powrotna mila dłużyła się niemiłosiernie, oddechu brakowało i ogólnie ciężko mi było. Gdzie te czasy, gdy biegało się 10k jeszcze przed sniadankiem dla dobrego początku dnia a potem jeszcze 18 na dobry sen? Z jednej strony jest nadzieja, bo wiem, że juz kiedys byłam w tym miejscu i udało mi się dojśc do dobrych wyników, a z drugiej niedowiara, ze mozna tak opaśc z sił. 
Ale cos za coś. Mam za to Tygryska,, ktory rekompensuje wszystko. Dzis na przykład podczas zmiany pieluchy zostawiłam go w pozycji 'na żólwika', czyli leżącego na plecach z kołami do góry, przebierającego bezradnie kończynkami a on cyku myku i hop na brzuszek. Dodam, ze dla utrudnienia miał burte maty na ktorej leżał, wiec musiał sie porządnie nakręcic. I że wykonał to po raz pierwszy samodzielnie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę moje dzisiejsze wywody. 

sobota, 21 kwietnia 2012

Boli

Skoro z bieganiem startuje od samego poczatku to rownie dobrze moge to zrobi jak trzeba. Z tysiaca pudeł i pudełek wykopałam "Brain Training for runners" Matta Fitzgerarda (jak to jest, że poszukiwana rzecz ZAWSZE znajduje sie w ostatnim pudełku? Zacząc szukanie od tego pudełka? ale wtedy okazałoby sie, że jest w tym pierwszym z poprzedniej rundy). Zaczynam od pierwszego planu na 5k, nic zbyt ambitnego, ot rozruszac sie troche. Widze, że gdy nie mam nad sobą bata (czytaj: zapisu na bieg z konkretna data i rozpiski programowej) to zawsze znajde wymowke. Zle mi z tym, ale rozpieściłam wewnetrznego lenia przez ostatni rok i teraz trudno go zagonic do pracy. Teraz musze tylko znaleźc jakis bieg na 5k w okolicach za 16 tygodni, aby nie miec wymówek.

Tygrys zaczyna siadac, wiec nareszcie bede mogla wyprobowac baby joggera, ktory od prawie roku czeka grzecznie na swoja kolej. 

A co boli? No wlasnie. Przy okazji szukania ksiazki kucnęłam i odezwało sie coś za lewą kostką. Cos jak  przykurczone ścięgno. Skad, jak, po co? Boli tylko przy naciaganiu (to nie naciagac, jakby powiedział znajomy pan doktor). Siegajac pamięcią wstecz przypomina mi sie jakiś ból w tamtych okolicach nekający mnie od kilku tygodni, ale zazwyczaj odzywał sie akurat gdy byłam zajęta Tygrysem, a el Dittatore nie zezwalał na szczegółowe wsłuchiwanie sie w co, gdzie i jak bardzo. Niestety stan tzw "baby brain" ciagle mi jeszcze nie minął wiec szybko o tym zapominałam. Po-masuje, po-rozciagam, po-obserwuje i zobacze jak to cos będzie sie zachowywac. 

Byliśmy dzis z Tygryskiem w Stumilowym lesie. Wiosna w rozkwicie. Cudnie jest. I wypatrzyłam bardzo sympatyczną trasę biegową (niewatpliwą zaletą Stumilowego Lasu przez tybulcow zwanego zdrobniale 'Zapowiednikiem' jest to, ze znajduje sie jakies 500m od domku). Trzeba będzie sie na nia wybrac, zwłaszcza ze obiecuja dobrą pogode.




czwartek, 19 kwietnia 2012

Do GieeSa i spowrotem

Tak w tej chwili mierze odleglości. Kiedys bylo w milach, kilometrach, przystankach metra, okrążeniach parku. a teraz?
- Dokad zabiegłaś?
- do GieeSa i spowrotem (dla niewtajemniczonych GieeS (GS) to taki sklep z bułką, widłem i powidłem stojacy zazwyczaj w punkcie strategicznym kazdej wsi, i z nieodzowną podstarzałą młodzieża poszukujacą zagubionego wczorajszego dnia na dnie kartonow z winem marki 'wino' ławeczce przed tymze sklepikiem.
Aby zminimalizowac kontakt z powyzszymi panami biegam w nocy, gdy Tygrysek juz smacznie śpi. A raczej biegałam bo chwilowo wmawiam sobie ze nie mam czasu. Na usprawiedliwienie mam tylko to ze poczatkowo faktycznie czasu nie bylo bo:
a) Tatus Tygryska dociera do domu dosc pozno w zwiazku z Remontem Pięterka
b) Babcia Tygryska była w 3 tygodniowej delegacji u siostry ciotecznej Tygryska
a zatem nie bylo komu popilnowac nowego obywatela podczas mojej nieobecnosci
c) Tygrys osobiscie wyczuwal chyba że mamuska sie wymyka i zaczynał cwiczenia do arii operowych z chwila przekroczenia przeze mnie progu.

Wiec nie biegam, przyznaje bez bicia. Poza tym czekam na ladniejsza pogode, bo jakos tak chlodno (nie przeszkadzal mi mrozek gryzacy w uda a lekki wiaterek juz tak?)

Z rzeczy organizayjnych: jestesmy. Wrocilismy do tego kraju mlekiem i miodem plynącego 2 i pol miesiaca temu. Przeprowadzka rzecz straszna, oby nigdy wiecej (nigdy nie mow nigdy). Śnieg, jakze nieczęste zjawisko na Wyspach postanowił spaśc akurat tej nocy, gdy my wyjezdzalismy. Z drzacym sercem  odswiezalam strone lotniska a z kazdym odswiezeniem kolejny lot byl odwolywany z powodu sniegu. Ostateczne pakowanie zakonczylismy o 2 nad ranem, gdzie z domu wyszlismy o 3.30. Tygrysek wspolpracowac nie chcial i budzil sie co chwila (nmie dziwie mu sie), ale za to pozniej okazal sie Idealnym Dzieckiem Podrozniczym.
Probowal ktos ciagnac 30 kilowa walizke na malutkich koleczkach po 20 cm wartwie swiezo napadanego puszystego sniegu z niemowlaczkiem w chuscie (plus 2 kocyki, i 2 wielkie szale w ktore byl opatulony) i 10 kilowa torba na ramieniu? Nie polecam.
Snieg w Londynie, jak wiadomo blokuje wszystko co sie zablokowac da, i wine za absolutnie wszystko mozna pozniej zwalic na opady puchu. I tak 3 autobusy nocne nie dojechaly, kolejny sie spoznil, przez co my spoznilismy sie o 4 minuty na autobus łączący Londyn z lotniskiem. Te autobusy w teorii jezdza co 15 minut i dlatego na kolejny czekalismy 1,5 godziny. Niemowle spało. Na lotnisko wpadlismy na kilka chwil przed zamknieciem odprawy (dobrze ze wyszlismy z domu z duuuuuuuuuzym zapasem czasu). Potem bieg przez lotnisko, rozbieranie sie do rosolu i expresowe ubieranie przy rentgenie (z niemowlakiem w reku), sprintem do bramki (ktora jak nigdy znajdowala sie na samym koncu korytarzy (z niemowlakiem w objeciach) po to tylko by czekac tam ponad godzine bo jednak samolot bedzie opozniony. Ramie mi odpadalo pod ciezarem Tygrysa, ktory jakims cudem przybral na wadze do przynajmniej 20 kilo, pot oblewal od tych wszystkich szali i kocow, ktore trzeba bylo zdjac z niego aby sie nie przegrzal i nalozyc na siebie. Niemowle spalo. Obudzil sie dopiero przy starcie samolotu. Zazadal mleka, skontrolowal sytuacje wokol i usatysfakcjonowany wynikiem poszedl spac.

Powoli wgryzamy sie w polska rzeczywistosc, co łatwe nie jest. Ale musze przyznac ze dobrze jest miec te dodatkowa pare rak do pomocy przy Tygrysie, ktory jak sama nazwa wskazuje brykac lubi i to bardzo. Zwlaszcza bladym switem. Zanosi sie go wtedy babci, ktora i tak juz nie spi (a poranny Tygrys jest pelen czaru nie-do-odparcia, caly cieplutki i mieciutki) a samej wraca pod cieplutka kolderke.

Z tysiaca paczek, kartonow i pudel wylowilam juz stroj do biegania i butki, wiec chyba trzeba bedzie sie zmobilizowac i ruszyc. Zaczynam powolutku, rok bez biegania swoje zrobil, plus ciaza rozluznila wszelkie stawy, wiec trzeba ostroznie. Chwilowo pozwalam sobie na 30 minut powtorzen: 3min truchtu 2 min marszu.  Jak dziecię pozwoli to jutro wybiore sie do lasu

czwartek, 2 lutego 2012

huhuha zima zla

Zimno. Prawie 10 rano a za oknem szron i -1. Tak, wiem, w Polsce temperatura siega -20, ale to Londyn. Cieply i wilgotny. Zazwyczaj. Chyba natura specjalnie dla nas zorganizowala maly kurs przygotowawczy przed mrozami panujacymi w kraju. Raczej oczywiste ze na nasz weekend zapowiadaja temperatura ponizej 20C i zamiecie sniezne a na nastepny juz odwilze. Ehhh Tygrysie, przynajmniej snieg zobaczysz.

Bieganie i dopinanie wszystkiego na ostatni guzik. Donkiszotowa walka z wiatrakami XXI wieku (czytaj bankami). I jeszcze dzis pedzimy na szczepienie Tygryska. Spi sobie smacznie nawet nie podejrzewajac co ja dla niego szykuje.

Tygrys odkryl ostatnio ze ma lapki i ze na pewno naleza do niego. Gapi sie na nie godzinami. Nawet ja nie mam takiej sily w rekach aby trzymac je wyprostowane przez tyle czasu. Grzechotki poszly w ruch


sobota, 14 stycznia 2012

Prawie w domu

Krok do przodu, slizg lewym bokiem, potem krok w lewo na wciagu i z lekkim odchylem tylowia i dwa kroki w prawo. Nie, to nie sa kroki nowego tanca. W taki sposob wchodzilo sie do naszej kuchni jeszcze dwa dni temu. Ale juz jestesmy jedna noga w kraju i po trzytygodniowym maratonie pudelkowym udalo sie wszystko bezpiecznie przeteleportowac do Polski. kwiatki niestety nie zmiescily sie. Pojda na oddanie. Tygrys zostal tez pozbawiony koszyka do spania wiec w zamian dostal szuflade. W pierwszej chwili byl lekko zdziwiony, ze nagle wszystko widzi i nie przeszkadzaja mu zadne budki, tudziez inne wysokie scianki. Po obslinieniu nowego loza Poczatkowa ekscytacja szybko mu przeszla i szuflada zostala zaakceptowana. Wozek tez pojechal wiec spacerki odbywamy w chuscie, ku uciesze Tygrysa i protescie moich miesni.tak sobie mysle zę Macierz Natura troche nie obmyslila dobrze tego aspektu ciazy. Jak ja mam podolac dzwiganiu coraz ciezszego Tygrysa jak mi sie gorset miesniowy calkiem posypal? Jeszcze tylko trzy tygodnien i tabuny babc beda sie zajmowac Robaczkiem podczas gdy ja pojde pobrykac. Chociaz podobno w kraju bialo. Trzeba sie bedzie uczycn od nowa biegania po sniegu. Po ubieglorocznej klesce wiem ze nie bedzie latwo.
Od swiat Tygrys byl na strajku i odmawial jedzenia. Chwilowo jest jednak 1:0 dla mnie i Mlody zaczyna juz porzadniej jesc. Jeszcze sie nauczy ze z matka sie tak latwo nie wygrywa.

czwartek, 22 grudnia 2011

This is it

Pakowanie czas zaczac. Zdecydowalismy sie. Wracamy. Pojawienie sie Tygrysa zagralo tu decydujaca role. Mlody zasluguje na porzadne, beztroskie  dziecinstwo z lazeniem po drzewach, obdzieraniem kolan, jedzeniem kartofli z ogniska, uganianiem sie z dzieciakami sasiadow i rozpieszczaniem przez Dziadkow ("bierz poki mama nie widzi). Tego nie zapewnie mu tutaj. 

Bilety kupione, firma przewozowa zorganizowana, teraz pozostaje nam tylko zapakowac owoce 5-letniego zbieractwa w pudla i pudeleczka. Worki prozniowe, dziesiatki pudelek, kilometry szarej tasmy (czemu szarej jak ona brazowa jest) to moja przedswiateczna rzeczywistosc. No i ta moja szczesna nieszczesna bieznia. 100 kilo zywej wagi. Zyczliwi kaza sprzedac, ale ja mowie zdecydowane NIE. To jak pozbyc sie czlonka rodziny. (Nic sie nie martw "malenstwo" znajdziemy ci miejsce w domu).

Tygrys pozostaje niewzruszony na nagle zamieszanie wokol. Odkryl wlasnie ze ma piesc, ktora doskonale nadaje sie do ciamkania, jest dostepna na kazde zawolanie i nikt mu jej nie zabiera. Niech mu bedzie. Przedwczoraj zaliczyl 2 miesiace, prawie podwoil wyjsciowa wage osiagajac 4,1kg i uraczyl mnie pierwszym bezzebnym usmiechem. Cudny jest. 

Biegowo jest marnie. Po ostatnim wyskoku przeziebienie meczylo mnie ponad tydzien a tu trzeba uwazac zeby nie przeniesc czegos na Tygrysa. Chwilowo rezerwuje resztki energii na Swiateczne obzarstwo. 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Back to Square One

Skonczyly sie wymowki. Pogoda lepsza i tak nie bedzie, pociazowy tluszczyk sam nie spadnie, poszlam zatem pobiegac.
W tutejszych parkach wyznaczono 500m bieznie a na ich trasie zainstalowano male silownie. Maszyny sa pogrupowane po 3 i znajduja sie w 4 roznych punktach.



M spacerowal z Juniorem a ja robilam koleczka z przerwami na cwiczenia na kazdej maszynie. W sumie wyszlo tego 2.5km. Juz zapomnialam jak fajne jest bieganie. Dodatkowe kilogramy i miesiace bezruchu robia jednak roznice. Truchtalam sobie powolutku bo tylko na to starczylo mi sily. A Zatem zaczynam wszystko od początku. Moze to i lepiej, bo wiedzac to co wiem, bede sie starac uniknac starych bledow. 

A Tygrys to dziecko prawie idealne. Z pomoca niejakich pań Tantum i Hogg robi sobie tylko jednego pit stopika o 3am na dotankowanie i spi pieknie do rana. 

niedziela, 6 listopada 2011

Niecierpliwiec

Tygryski to niecierpliwe chlopaki. I tak moje kudłate szczęście postanowiło pojawic się 5 tygodni wczesniej. 2 dni spedził na intensywnej terapii, ale już od ponad 2 tygodni jest z nami. 2.150 kilo czystego szczęścia.

Tygrys na razie bryka tylko przy przewijaniu. Oprocz tego jego ulubionym zajęciem jest spanie, spanie, spanie i jedzenie. 
Powoli uczymy sie siebie nawzajem. Potrafię juz normalnie (w miarę) funkcjonowac spiac po 1-2 godziny na raz. 
Pierwsze pytanie do poloznej po pojawieniu sie Tygryska:
- To kiedy mogę zacząc biegac?

wtorek, 2 sierpnia 2011

It’s a boy!

Przeciez powtarzalam od samego poczatku, ze Tygrys to Tygrys I nikt mi nie chcial wierzyc. Pani od USG stwierdzila jednoznacznie, ze to Potomek. Misqu dumny (z Potomki tez by byl, ale wiadomo faceci cos maja z tym dziedzicem i przetrwaniem nazwiska). Majac potwierdzenie dumamy nad imieniem. Chwilowo bez widocznych efektow. Wprawdzie Misqu nadal probuje przemycic Krzysztofa, ale to sie raczej nie zdazy.


Cwiczeniowo zrobilo sie za to dosc aktywnie, zarowno u mnie jak i we mnie. Niedawno probowalam przekonac dziecko zeby w koncu zaczelo kopac, tak teraz grozba i prosba naklaniam Mlodego do zmiany pozycji lub celu kopniakow. Pilkarz maly rosnie i trenuje sobie dzielnie na moim pecherzu, albo tez zapierajac sie gdzies o kregoslup sprawdza o ile da sie rozciagnac mamusiny brzuszek. Wyrobil juz sobie dzienna rutyne i tak pilka nozna w godzinach popoludniowych a rozciaganie i przewroty najchetniej po 22.30 (bo to akurat moja pora spania, wiec raczej oczywiste).

Biegam na zmiane to na joge to na wodny aerobik. I tradycyjnie zaluje ze nie zaczelam wczesniej  (zajecia sa dostepne od 12 tygodnia ciazy). No ale zawsze lepiej pozno niz wcale. Joge mam we wtorki po pracy i w sobote rano. Pozycje sa oczywiscie dostosowane do naszego „wyjatkowego” stanu, nic co zbytnio obciaza. Doskonale rozciagaja zmeczone miesnie plecow, wzmacniaja uda, dolne partie brzucha i ramiona (przyda sie do lulania Mlodego pozniej). Uczymy sie tez oddychania i cwiczen, ktore beda pomocne podczas porodu.

Basen w czwartkowy wieczor to calkiem inna zabawa. Juz sama woda cudnie odciaza kregoslup. Instruktorka nie daje nam zadnej taryfy ulgowej i tak po zajeciach ledwie moge ruszac rekami. Juz zapomnialam jakie to przyjemne uczucie - zmeczenie pocwiczebne. Po tygodniu cwiczen czuje sie o wiele bardziej zrelaksowana i pelna energii. Najchetniej poszlabym jeszcze na zwykle plywanie, ale chwilowo nie wiem gdzie je zmiescic. Nie ma opcji bym wstala przed praca (probujemy nalapac snu na zapas przed pojawieniem sie Juniora) a gdybym poszla po pracy to Miska widywalabym tylko jak spi. Wstrzymam sie juz do urlopu macierzynskiego ( jeszcze tylko 77 dni), bo co ja bede robic przez 6 tygodni wolnego? Dziergac sweterki na drutachJ

W sobote odbyl sie 24-godzinny bieg w ktorym tak bardzo chcialam wziac udzial. Znajomi wrocili z mnostwem przezabawnych opowiesci o biegach po ciemku, gubieniu latarek, probach snu pomiedzy okrazeniami. Moze jeszcze kiedys sie uda, moze zorganizuja cos takiego w Polsce? Tak przegladam polskie kalendarium biegowe i brakuje mi tam biegow dla czystej przyjemnosci, zabawy z odrobina szalenstwa. Czyzbysmy naprawde byli tak powaznym narodem, ktorego bieganie dla zabawy a nie pobicia PB w ogole nie interesuje?

czwartek, 7 lipca 2011

Rosniemy

Rosniemy. Nie wiem kto szybciej ja czy Tygrys. Nowy obywatel zaczal juz nawet przejawiac lekkie zniecierpliwienie kurczaca sie powierzchnia mieszkalna. Ehh to nowe pokolenie.

Nie biegam, jak wiadomo, i ciezko mi z tego powodu. Wdrapanie sie na pierwsze pietro wprowadza mnie w stan hiperwentylacji i zipie jak porzadna lokomotywa. Chwilowo to moja jedyna aktywnosci fizyczna. Na szczescie poszukiwania wolnego miejsca na zajeciach jogi dla przyszlych mamusiek zakonczyly sie w koncu owocnie i za 3 tygodnie zaczne wygibaski. Odnosze wrazenie ze przynajmniej pol Londynu jest obecnie w ciazy bo znalezienie miejscowki graniczylo prawie z cudem. Jedne z zajec rozpoczynaja sie dopiero we wrzesniu i juz kilka godzin po zamieszczeniu ogloszenia na ichniej stronie 80% miejscowek bylo zajetych.

Tygrys jest juz posiadaczem pierwszej fury. Sportowej, a jakze. W porywie naglego zacmienia umyslu (tzw: „baby brain: hmm to po co ja w zasadzie chcialam te lampe przestawiac????”) i ferworu aukcyjnego stalam sie szczesliwa posiadaczka baby joggera. Nie jest to Performance, aczkolwiek jego wczesniejsza wersja. Duze, 20calowe kola, bardzo lekki i zwinny, zbyt szybki jak na moja obecna kondycje. Na szczescie oprocz hamulca zaopatrzony jest w szelke do zakladania na nadgarstek, w razie gdyby Tygrysowi wpadlo do glowy pobujanie sie bez mamusi.  Trudno na razie mowic o wadach i zaletach jako ze nie mialam mozliwosci wykorzystania go w terenie. Z zauwazalnych wad to na pewno jego dlugosc. Z cala pewnoscia nie bedzie sie nadawal na typowy spacerek po mleko, bo manewr nawrotu zakonczylby sie zrzuceniem towaru z polowy sklepowych polek. Nie mniej jednak jest bardzo latwy do skladania. I na plasko wcale nie zajmuje az tak duzo miejsca.

Ostatnio zaczytuje sie ksiazkami Glenna Domana. Kto by pomyslal, ze nauke czytania mozna zaczac juz u kilkudniowego szkraba? Okazuje sie tez, ze mozna zrobic wiele by zwiekszyc sprawnosc fizyczna malucha oraz ulatwic i przyspieszyc fazy raczkowania i stawiania pierwszych krokow (ksiazka). Juz 18 miesieczne dziecko moze zaczac swoje pierwsze treningi biegowe. Juz widze jak smigamy razem z Juniorem. Nie, nie wiem jeszcze czy to Junior czy Potomka. Chwilowo maluch wydaje sie byc dosc wstydliwy, ale mam nadzieje, ze uda sie namowic go do wspolpracy na USG za 2 tygodnie. Mamusia wie lepiej i tak na 99% twierdze, ze to Junior. A jak Potomka to przez pierwsze miesiace bedzie sie, niestety, na niebiesko/bezowo nosic.

czwartek, 19 maja 2011

Urlopowo

Cudnie jest. Trawa zielona, zaby w pelni sil rechoczacych, sloneczko przyswieca leniwie. Urlopujemy sobie od ponad tygodnia u mamy. Wiadomo, nigdzie czlowiek tak nie wypocznie. Zwlaszcza, ze nie daja mi robic NIC. Okazuje sie ze (wedlug babci) nawet chodze za szybko. Tak wiec zwalniamy. Calymi dniami bujamy sie z Tygrysem, najchetniej na hustawce w ogrodzie, gdzie moge podziwiac pracowite sikorki dokarmiajace swoje male. Juz niedlugo sama taka bede. 

Tygrys rosnie jak na drozdzach. Podgladalam go w ubieglym tygodniu i przez 5 dni urosl mi cale 1,5cm. Szalone tempo. Podobno jest juz wielkosci pomaranczki i zaczyna slyszec. Tak wiec prowadze monologi Tygryskowe. Niech sie mlody/a przyzwyczaja do glosu mamusi. 
W urlopowa codziennosci wpisaly sie nagle popoludniwe drzemeczki. Cudny wynalazek. Jak tu teraz przekonac szefa zeby mi w biurze jakas sofke ustawil? Bo od poniedzialku wracamy do rzeczywistosci. 

Z madrosci babcinych:
  • nie mowic do Tygryska Tygrys/Kotecek/Kurczaczek bo sie wlochaty urodzi
  • nie chodzic pod sznurami bieliznianymi bo sie dziecko w pepowine zawinie
  • nie lapac sie gwaltownie za twarz bo bedzie mialo "myszki"
  • nie podnosic rak do gory bo juz nawet nie pamietam jakie to nieszczescie sie przydarzy
  • no i nie zapomniec czerwona chustke szalanowke wziac z babcinej komody bo one kiedys kladly noworodkom pod glowke i zadno zoltaczki nie mialo
  • i wiele innych podobnych 
Stwierdzilam ze rady nalezy ku pamietnosci zapisac, bo o tym to zadna madra ksiazka nie powie.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Zmiany

Mialo byc tak pieknie - kolejny maraton w wiosennym Paryzu, zyciowka, zagwarantowane wejscie do Londynu 2012, a jest? Coz, jest jeszcze piekniej.
Zaczelo sie od blizej niezidentyfikowanego bolu w dole plecow. Poczatkowo dosc niewinny, z czasem sprowadzil mnie do postawy przedewolucyjnej. Pomogla joga, troche rozciagania, podplecna poduszka w pracy i urlop. Tak, na urlopie tez mialo byc pieknie: poranne bieganie przy wschodzie slonca i plazowe przebiezki w wieczornej bryzie. Okazalo sie ze Tajlandia nie jest krajem sprzyjajacym wiekszemu wysilkowi fizycznemu (teraz rozumiem te wszystkie psy snujace sie ospale w trakcie dnia). Aby w miare komfortowo biegac musialabym:
a) wstawac przed wschodem slonca i zdazyc spowrotem zanim zdazy wzniesc sie ponad poziom morza - awykonalne na urlopie.
b)  biegac po zmroku gdy teperatura opadnie ponizej 30 kresek (taaaak, komu w glowie bieganie po calym dniu spedzonym na palacym sloncu, jezeli mozna spokojnie posiedziec na rozgrzanym piasku zajadajac smazone krewetki i popijajac Changiem)
Jednym slowem dopadlo mnie lenistwo. Tajlandia kraj piekny i zdecydowanie kiedys tam powroce. Okazuje sie ze jednak nei za szybko. O tym za chwile.











A tuz po powrocie dwie male kreseczki zatrzesly z lekka naszym dotychczasowym zyciem i okazalo sie ze maratonu nie bedzie. Mialam nadzieje, ze bede teraz odrywac uroki biegania inaczej, ale pan doktor pogrozil palcem i powiedzial "absolutnie nie". Lepiej pewnie dmuchac na zimne. Pozostaje mi za to ciazeca joga i basen (znaczy planuje na basen w koncu sie wybrac, jak znajde troche czasu i energii). Z ta energia to jest chwilowo problem. Z nowych ulubionych rzeczy: spanie, wszedzie, w kazdej postaci i pozycji. Zachowuje sie tak, jakbym probowala wyspac sie na zapas (ehh gdyby sie tak dalo), ale w koncu produkcja malego Tygryska to ciezka praca. Tygrysek (tak, cos czuje ze to bedzie ON) jest podobno wielkosci malej cytryny i zakonczyl wlasnie prace tworcze wszelkich organow. Teraz bedzie sobie rosl i rosl. A ja razem z nim. 

czwartek, 6 stycznia 2011

Selection Day - Fotorelacja

RW zamiescil mala foto/filmorelacje z dnia proby w Birmingham. Jak ktos ma chec obejrzenia jak to wygladalo to zapraszam tu RELACJA. Takie czarnoczerwone z szara chusta na glowie to ja.

a tu mnie maltretuja na stole tortur

czwartek, 30 grudnia 2010

Wracam

Po ponad 2 tygodniowej walce z paskudna grypa (ciagle nie wygrana) stwierdzilam ze dosc tego leniuchowania i pora pobiegac. W ubieglym roku o tej porze biegalam sobie dziennie po 15-20km (czasem nawet 2 razy dziennie) a teraz nie robie nic.

Nie wiem co to za paskudny wirus paleta sie w powietrzu, ale wydaje sie byc odporny na wszelkie bezantybiotykowe specyfiki i domowe sposoby. W zasadzie zostal jeszcze kaszel (jednego dnia suchy i laskoczacy, drugiego mokry, wiec nawet nie wiadomo jakiego syropu uzyc) i katar.

Oczywiscie nie odwazylam sie na bieganie na zewnatrz pomimo calkiem cieplej pogody i pieknej poswiatecznej odwilzy. Dokopalam sie do biezni i zrobilam wczoraj delikatne 4km. Przez najblizszy tydzien bede sobie po prostu stopniowo zwiekszac dystans (czas) a jak juz poczuje sie lepiej to wroce do orginalnego planu.

Czy to juz oznaka zakupoholizmu internetowego, jak listonosz zostawia awizo a my nie wiemy co to jest? Sprawdzilismy konta na ebayu, amazonie, maile i co tylko przyszlo nam do glowy i ... nic. Z lekkim niepokojem szlam na poczte odebrac pakunek, bo moze mi kto weglika na swieta przyslal, albo co?
Okazalo sie, ze to runner's world doslal pozostala czesc naszych darow z Birmingham. I tak dostalam taka oto zimowa bluze asicsa
styczniowy numer RW i ksiazke Runner's World Complete Guide To Running. Nawet ciekawa pozycja, zwlaszcza dla poczatkujacych. To zbior artykulow, ktore ukazaly sie na przelomie ostatniego roku w RW dotyczacych tego jak zaczac, gdzie, w czym, plus proste plany treningowe na 5k, 10k, 1/2M i M. Czasem dobrze jest przypomniec sobie podstawy.



niedziela, 19 grudnia 2010

śWirus

Przyszla kryska na Matyska. Dopadl mnie Zlosliwy śWirus krazacy od jakiegos czasu przepastnymi rurkami klimatyzacji w pracy. Albo zlapalam go od szefowej, ktora chichala i prychala we wtorek. śWirus pojawil sie z nienacka i powalil mnie niespodziewanym ciosem w potylice w czwartek. Sparalizowal miesnie, zatkal nos i pozbawil przytomnosci. 

W piatek przyczail sie spryciarz ludzac mnie nadzieja ze najgorsze juz za mna po to by uderzyc ze zdwojona sila wczoraj po poludniu. 

Dodatkowo zasypalo nas wczoraj z lekka (rzeklabym tradycyjnie, bo dokladnie rok temu obgryzalam palce po lokcie probujac sila umyslu zmusic stojacy w szczerym polu pociag do szybszego tempa w drodze na lotnisko).


Tak wiec leze sobie i choruje. W welnianej czapie, zakopana po uszy pod kolderka pocieszam sie ogromnymi ilosciami herbatki eukaliptusowej z miodem i cytryna, swietami z Grizwoldami (brytyjski odpowiednik swiat z Kevinem) i gra w chinczyka.
śWirus przyszedl w ogole w wersji samorozpakowujacej i codziennie odblokowauje sie nowa funkcja. Dzis na przyklad doszedl gruzliczy kaszelek. Rozwazam lykniecie z lekka (2009) przeterminowanego syropku.  A moze poprzestane na ciocinej nalewce z wisienek?

środa, 15 grudnia 2010

Tydzien 2

Czas mi ucieka. Ledwie przymknelam oko na chwile i juz tydzien minal. Swieta za tydzien. Az trudno uwierzyc.

Bede musiala przeskoczyc kilka tygodni, bo do maratonu zostalo juz tylko 17 tygodni a plan ma 24. Pociag i hotel juz zalatwione, a wiec nie ma odwrotu. Jakos zawsze bieg staje sie bardziej realny jak mam w lapce potwierdzenie calej logistyki.

Nie jestem jeszcze w tak dobrej formie by od razu wskoczyc na 7 tydzien wiec postanowilam przeskakiwac co 2 tygodnie az dojde do wlasciwego. 

Dzis byly pagorki. Akurat w okolicy gorek jak na lekarstwo wiec sesja odbyla sie na Dreadmilu (dreaded treadmill = dreadmill). W zasadzie gorki i interwaly na biezni sa o wiele lepsze niz w terenie, moge sobie ustawic dowolne nachylenie zbocza plus jak mam biec w okreslonej predkosci to wystarczy takowa wybrac i nie pozostaje nic innego jak biec. 
Moje malenstwo zostalo ostatnio wzbogacone nowym dodatkiem na dlugie wybiegania. (tak na wypadek gdybym nie mogla ich robic na zewnatrz). 

Monitor znaleziony na smietniku (wystarczylo przylutowac tu i tam). Producent zachwalal na opakowaniu ze taki super hiper plaski i swietnie przylegajacy do sciany. Zapomnial dodac ze pod warunkiem ze bez zadnych kabli wisi. Wszystkie wejscia umieszczone na tylnej obudowie. 3 tygodnie czekalismy na wtyczki w ksztalcie L z Chin. Ale juz dotarly. Bede mogla nadrobic seriale i te inne.

Tak wiec trening na dzis (siegnelam po tydzien 3) zakladal sprint pod gorke. 

2,4km rozgrzewki tempem 7,4'/km
5 x 45s podbiegow (ustawilam 4% nachylenie) w tempie 5,08'/km z 2 minutowym dreptaniem pomiedzy
2,4km tempem 7,4'/km

Dobrze mi to zrobilo bo sie uspokoilam i juz nie chce zrobic czegos bardzo bolesnego wspolpracownikom. Tego spokoju pewnie wystarczy do jutra do 8,35am kiedy to zasiade z kawusia do komputera i poczytam DM log z dzisiejszego wieczoru o tym jak (nie)udaly sie przyjecia swiateczne i co znowu sknocili. 

Chwilowo biegam do albumu "This is War" 30 Seconds to Mars z 2009 a przeze mnie odkrytym 2 dni temu. Lekko opozniony zaplon mam. Po przesluchaniu mam chec zapisac sie na lekcje perkusji. Znowu. Tylko gdzie ja te lekcje wcisne? Od nowego roku znowu szkola, trening, rower. Chwilowo pozostaje tylko rockband

czwartek, 9 grudnia 2010

Haribo

Haribo to takie zelkowe gumisie. To mam w miejscu mozgu po wczorajszym dniu. 6 godzin egzaminu, 2 godziny w pracy probujac nadgonic te opuszczone 6 i dodatkowe 3 godziny na zajeciach. Dotarlam do domu po 10 i padlam jak przecinak. Plan zakladal na wczoraj bieganie pod gorke. Chyba snilam o jakichs gorkach. Czy bieganie we snie mozna zaliczyc do treningu? Bo obudzilam sie zmeczona jak po faktycznym treningu?

Na dzis zdaje sie cwiczenia silowe, opisze wieczorem.

środa, 8 grudnia 2010

Plan B (lub M jak maraton)

To juz oficjalne. Nie chca mnie do dalszej zabawy. Moze to i lepiej? Pod jaka presja bylabym caly czas, a tak moge spokojnie wprowadzic w zycie plan B. (w razie potrzeby mam tez w zapasie plan C)

Jakis czas temu za namowa znajomego, ktory tez biega (i to jak biega, od ponad roku przygotowuje sie do The Enduroman Arch to Arc: biegiem z Londynu do Dover, wplaw przez kanal do Calais i rowerem z Calais do Paryza. Do tej pory podobno tylko 7 osobom udalo sie to ukonczyc. W tej chwili trenuje plywanie. W kanale. Woda ma 2C. W kazdym razie zna sie troche na bieganiu) nabylam "Brain Training for Runners" Matta  Fitzgeralda. 

Biegajacy uwielbiaja rozmawiac o bieganiu. Amatorzy oczywiscie. Profesjonalisci o bieganiu nie rozmawiaja z tego prostego powodu, ze nie maja na to czasu. Oni po prostu biegaja. Cala reszta kocha niekonczace sie dywagacje na temat tempa, VO2max, butow, planow, terningow, gadzetow... Ta ksiazka niewatpliwie daje spore pole do popisu.
Im wiecej czytam tym mniej wiem. Nagle okazuje sie, ze mozg tez trzeba sobie potrenowac. Autor twierdzi, ze ma odpowiedz na pytanie dreczace kazdego biegacza: jak biegac szybko przez jak najdluzszy czas? Podobno zmeczenie dopadajace nad po przebiegnieciu x km wcale nie jest efektem braku energii. Odkryto, ze w momencie odczuwania zmeczenia  miesnie nadal zawieraja spore zapasy paliwa. Winowajca jest mozg, ktory wysyla zludzenie zmeczenia i tym samym zostawia sobie zapas tak by nie dopuscic do calkowitego wyczerpania organizmu. Cos jak lampka od rezerwy. 
Cala ksiazka to 562 strony informacji o tym jak biegac szybciej i wydajniej. Zapewne bede czesto do niej powracac.
Oprocz teorii zawiera tez sporo planow treningowych opartych na zasadzie treningu umyslu. Kazdy dystans (5K, 10K, pol M, M) jest rozbity na 3 plany treningowe, zroznicowane kondycja i czasem wolnym trenujacego. Zaczynam od najlatwiejszego, nie oszukujmy sie moja kondycja pozostawia wiele do zyczenia w tej chwili. Jezeli nagle moja doba rozszerzy sie do 30 godzin to moze siegne po bardziej zaawansowany plan. 

Poziom 1
Plan trwa 24 tygodnie, zaklada 4 biegi tygodniowo plus 2 treningi silowe i jeden cardio (opcjonalny). Kazdy plan jest podzielony na faze podstawowa, budowe 1, budowe 2 i szczytowa. 
Kazdy tydzien sklada sie z 3 glownych treningow: predkosc w Srody, wytrzymalosc w Piatki i rozszerzona wytrzymalosc w Niedziele.

Najpierw nalezy okreslic wlasciwe tempo przy pomocy dwoch tabelek. W pierwszej okresla sie TPL(target pace level) w zaleznosci od czasu osiagnietego podczas ostatniego biegu na okreslonym dystansie. I tak ja kwalifikuje sie na poziom 46 (na 50 mozliwych, marniutko). Im dalej w las z treningiem tym wartosc zacznie sie zmiejszac i trzeba bedzie odpowiednio  dostosowywac tempo.

Znajac wartosc TPL okreslamy tempo poszczegolnych treningow wedlug tableki nr 2. 

Skomplikowane? To do dziela

Tydzien 1
TPL: 46

Poniedzialek: odpoczynek

Wtorek: Base Run + Drills
               3M (4,8km) tempem podstawowym (w moim przypadku 7min/km)
               20s biegu z nieruchomymi rekami (dlonie zlozyc przed soba tworzac obrecz)
               20s skokow na jednej nodze

Po co te sztuczki? Wedlug autora maja poprawic krok.

bieg z nieruchomymi rekami zmusza glebokie miesnie brzucha do pracy nad utrzymaniem odpowiedniej postawy i uczy jak uzywac ich podczas biegu

skoki na jednej nodze zwiekszaja sile odbicia, poprawiaja stabilnosc bioder, miednicy, dolnej czesci plecow i kolan 

Czy taki trening zadziala? Na pewno nie pozwoli mi sie nudzic. Zwlaszcza jak skacze na jednej nodze wokol pokoju ku uciesze M.

Sezon biegowy 2010-2011 uwazam za oficjalnie rozpoczety.



wtorek, 7 grudnia 2010

RW Selection Day - wrazenia

Selection day – chyba chodzilo im o Day in Hell.

Pomijajac impreze sasiadow do godzin wczesnoporannych w piatkowa noc, ktora zmusila mnie do spania w zatyczkach, pobudki po 5, dotarcia na peron kilka sekund po zamknieciu drzwi pociagu, problemow z karta przy placeniu za bilet udalo mi sie dostac na miejsce na czas.

Zebralismy sie w sali wykladowej, 37 osob usmiechajacych sie nerwowo do siebie, probujacych zartami pokryc denerwowanie i niepewnosc. Po krotkim przywitaniu, zdjeciach i przedstawieniu trenerow (posepne miny, zero usmiechu, co nie wrozylo dobrze) zostalismy podzieleni na 3 grupy, w zaleznosci od przewidywanego czasu ukonczenia maratonu. Trafilam do najliczniejszej grupy 3.30-4.30.

Na szczescie/nie szczescie obie sesje na zewnatrz przypadly nam na samym poczatku, co w sumie okazalo sie najlepszym rozwiazaniem. Jak na tak zachwalany obiekt sportowy stan biezni pozostawial wiele do zyczenia. Nikt nie pomyslal o tak prozaicznej czynnosci jak odsniezenie. Warstwe czesciowo przymarznietego sniegu przykrywala ruchoma warstwa mokro-lepko-slizgajacego sie paskudztwa. Gdy tylko wyszlismy na zewnatrz zaczal padac lodowao zimny deszcz. Poczatkowo byl dosc delikatny ale z kazdym kolejnym okrazeniem przybieral na sile.

Sesja nr 1 z ponurym, surowo wygladajacym trenerem zaczela sie od 4 okrazen na rozgrzewke. Nogi rozjezdzaly sie na mokrym sniegu i duzo energii musialam poswiecac na utrzymanie rownowagi. Nastepnie 100m w tempie maratonu i 400m w tempie 10k. Razy 10.

Jestem jak lokomotywa. Rozgrzanie sie i osiagniecie zadowalajcego tempa zajmuje mi zazwyczaj jakies 7 pierwszych kilometrow. Potem juz pedze do przodu. Nie wykazalam sie zbytnio na tych 5km. Bieglam rownym tempem owszem, ale bylam ostatnia z grupy. Ukonczylam w zdaje sie 32min. Najszybszy uczestnik przemknal w tym czasie chyba ze 3 razy obok mnie.

Po 20 minutowej przerwie w budynku, zaopatrzeni w wode i butelke gatorade spowrotem na bieznie, tym razem pod okiem bardziej usmiechnietego torturownika. Nigdy nie ufaj trenerowi z usmiechem. Po ponurym przynajmniej wiesz czego sie spodziewac.

2 okrazenia rozgrzewkowe. Luzik.

- A teraz bedziemy biegac w tempie jakie planujecie osiagnac podczas kwietniowego maratonu (chwila, jezeli mam zamiar je osiagnac w kwietniu, po miesiacach treningu to skad ten pomysl ze dam rade biec nim teraz?). Plan wyglada tak: jedno koleczko, 30s odpoczynku, 1 koleczko, 30s odpoczynku, 2 okrazenia, 1 min odpoczynku, 4 koleczka, minuta odpoczynku, 5 koleczek, 2 minuty odpoczynku i jezeli chcecie to 4 koleczka na zakonczenie. Wesolych Swiat! – dodal z szerokim usmiechem.

Kolko nr 1 – nogi juz sie z lekka przyzwyczaily do rozjezdzajacej sie mazi
Kolko nr 2 – dzielnie trzymam sie grupy
Kolko nr 3-4 – daje rade, ale coraz trudniej utrzymac mi sie z moja grupka
Kolka nr 5-8 – dysze jak parowoz, odliczam zakrety do konca kazdego kolka starajac sie nei wybiegac mysla bardziej do przodu.
Kolka nr 9-... nie dalam rady. Niedyspozycja ostatnich dni, zmeczenie nieprzespana noca, wysilek biegania po sliskiej mazi daly o sobie znac i zrobilo mi sie slabo. Wydaje mi sie ze wykazalam sie tu dojrzaloscia biegowa i rozsadkiem: zaprzestac biegu w momencie gdy czuje ze kontynuowanie mogloby zakonczyc sie omdleniem, po to tylko by zaimponowac trenerowi. Jezeli tym samym podkopalam swoje szanse na dostanie sie dalej to moze to i lepiej?

Czekajac na reszte towarzystwa (oczywiscie wszyscy inni ukonczyli) wdalam sie w pogawedke z trenerem ktory przygotowywal sprinterke na torze obok (filigranowa dziewczynka biegala po sniegu ciagajac za soba opone, i to ja narzekalam ze zle mi sie bieglo?). Popatrzyl sceptycznie na nasza grupke i stwierdzil ze my truchtacze (tak nas nazwal) nie mamy w zasadzie pojecia o bieganiu. Truchtamy sobie w roznych tempach do przodu, owszem ale kompletnie zaniedbujemy trening silowy i wzmacnianie odpowiednich miesni. Oslabione miesnie brzucha i plecow nie podtrzymuja tak jak trzeba, szybko tracimy postawe, garbiac sie obciazamy uda, kolana, lydki i kostki. Biegniemy wolniej nie dlatego, ze nie mamy sily, ale dlatego ze biegniemy w nieodpowiedni sposob. Jak przyjrzalam sie biegnacym to stwierdzilam, ze faktycznie mial racje.

Po lunczu moglismy sie juz przebrac w suche ubrania i zostac na sali na zajecia z fizjoterapeutka. I te okazaly sie najciekawsze. Niby biegam od jakiegos czasu i czytam rozne madre ksiazki, ale tak naprawde nie zdawalam sobie sprawy jak duza role odgrywaja miesnie posladkowe. Pokazala nam kilka prostych cwiczen na ich wzmocnienie, na rozciagniecie bioder. Fajnie byloby miec takie zajecia czesciej.

Dostalismy tez anietke do wypelnienie typu: czy wiesz ze, podaj zabawna informacje o sobie...

Caly dzien byl obfotografowany i filmowany przez ekipe RW na potrzeby artykulu. Nie udalo mi sie niestety wymigac od krociotkiego mini-wywiadziku przed wszedobylskim okiem kamery. Zabawne jak czlowiek glupieje jak tylko zapala sie ta mala czerwon lampka. Ze tez jeszcze niet nie wpadl na to by ja schowac tak by filmowany jej nie widzial. Poprosilam o latwy zestaw pytan.

- Czego nauczylas sie z sesji na biezni?
- YYYYYyyyyy ze nie lubie biegac po sniegu?
Oczywiscie blyszczalam blyskotliwoscia i spoconym obliczem. J

Czego sie nauczylam? Ze dobrze jest miec kogos do popychania. Takich sesji zabraklo w moim treningu do ostatniego maratonu. Ze nie wystarczy nabijac kilometrow. I ze bardzo trudno jest samemu wyrwac sie z „comfort zone”. Przydalby mi sie ktos obok, kto by mie do tego zmusil.

Dostalismy biegowe czapki i rekawiczki asicsa, butelki z dziurka (obwarzanki), zestawy do czyszczenia butow biegowych, kopie RW, bluzy asicsa i Complete Guide to Running

3 dni pozniej a ja nadal mam trudnosci z chodzeniem. Tylne strony ud bola pod tak dziwnym katem, ze mam wrazenie ze nigdy wczesniej tych miesni nie uzywalam.

Wczoraj lub dzis maja dzwonic. Hmmm prawie poludnie a teleon milczy. Raczej nie licze na dostanie sie dalej. Mino wszystko bardzo ciekawy dzien, ktory dal mi troche do myslenia. I chyba o to chodzilo.