wtorek, 13 kwietnia 2010

Oto ja - Maratonka

"I belive I can fly...
I belive I can touch the sky..."

Nic nie rowna sie z uczuciem przekroczenia mety po pokonaniu 42.195km.

A oto oficjalne wyniki

piątek, 9 kwietnia 2010

2

if you can't run then walk, if you can't walk then crawl, but whatever you do you have to keep moving forward!"


I z tym pozytywnym akcentem wyruszam na podboj Paryza. Vive La France, vive le vin, vive la baguette


Jezeli nie pojawie sie tu do wtorku to znaczy ze ciagle jeszcze  czolgam sie do mety

czwartek, 8 kwietnia 2010

3

Przed-biegowa panika.
Caly wieczor probowalam znalezc bilety na eurostara. Pamietalam, ze je wydrukowalam i schowalam w bezpiecznym miejscu, czyli takim gdzie do glowy by mi nie przyszlo szukac. No i faktycznie. Bilety sa, potwierdzenie rejestracji mam chyba juz w 4 kopiach (na wszelki wypadek, jakbym zgubila pozostale 3), mapki, zaswiadczenie od lekarza wyslalam impoczta, ale na wszelki wypadek kilka kopii wezme ze soba.
Pozorna organizacja probuje zamaskowac strach i poczucie winy zaniedbywaniem treningu w ostatnim czasie. Tradycyjne westchnienie: Ehhh zeby jeszcze tak kilka tygodni...
Z obawa przechodze przez ulice aby nic mnie nie rozjechalo/potracilo, powoli chodze poschodach aby chociaz nogi nie skrecic, bo wiadomo nieszczescia czyhaja na czlowieka zwlaszcza 3 dni przed biegiem.
Na dodatek juz piete otarlam w drodze do pracy w nowych butach. Moze ja powinnam sie zamknac w pokoju z miekkimi scianami i tam przeczekac?

Bedzie dobrze, bede sie swietnie czuc, pogoda zapowiada sie idealnie slonecznie, 13C, lekki wiatr z polnocnego wschodu, nie za wysoka wilgotnosc. Malownicza trasa, sympatyczni ludzie, piekne okolicznosci przyrody, kury, kaczki, drob...


środa, 7 kwietnia 2010

4 Zasypac czy zasmarowac?

Zaopatrzylam sie wczoraj we wszelkiego rodzaju zelki energetyczne i batoniki owsiane. Jedzeniowo jestem gotowa.
Kolejny dylemat: jak zabezpieczyc sie przed otarciami/odciskami? Zasypac stopy talkiem czy zasmarowac je wazelina? Sama nie wiem ktora wersja lepsza. Buszuje po Internecie probujac znalezc podpowiedz od madrzejszych (czytaj: doswiadczonych) biegaczy.

wtorek, 6 kwietnia 2010

5

Poswiateczne rozleniwienie. Buty za ciezkie, spodnie za ciasne, trudno sie schylic by zalozyc skarpetki. Kto wymyslil bieganie maratonu tuz po swietach? Z trudem przywleklam rozleniwione cialo do pracy. Znowu powietrze mi zeszlo z tylnego kola. Po pracy czeka mnie wizyta w Decathlonie i zakup detki i zelkow. Profilaktycznie ubralam sie dzis po biegowemu to potruchtam droge do sklepu. Zawsze to dodatkowe 10k.

czwartek, 1 kwietnia 2010

9

It does not matter how slowly you go so long as you do not stop.


Confucius

I to bedzie moja mantra na kolejny weekend.

środa, 31 marca 2010

Pada

Pada, siapi, leje, kapie - Londynska wiosna w pelni. Czasem jeszcze wieje. W normalnych okolicznosciach przyrody siedzialabym z kubkiem cieplej herbaty nad ksiazka, lub przynajmniej w ciemnosciach kina. Zamiast tego biegam codziennie droge powrotna z pracy (11k), lawirujac pomiedzy wszedobylskimi parasolami, usmiechajac sie do kierowcow stojacych w wielokilometrowych korkach, tanczac pomiedzy coraz glebszymi kaluzami. Cicha nadzieja, ze przez te ostatnie 2 tygodnie uda mi sie przygotowac do M. Poprawilam swoj czas na tym (powrotnym do domu) dystansie o cale 8 minut. To juz sukces.
A po dobiegnieciu do domku wiem, ze czekaja na mnie cieple welniane skarpetki, parujacy kupek bialej herbaty i czekoladowy sernik. Wiec warto

poniedziałek, 29 marca 2010

yyyyyyy

12 dni, ale jak to? przeciez dopiero bylo 185, a ja taka nie przygotowana.

Budzik zadzonil rano o 6.30, i jak zwykle przewrocilam sie na drugi bok myslac: jutro. Zamiast rowerem wybralam sie do pracy metrem. Przebiegne droge powrotna.

czwartek, 25 marca 2010

Wiosna

Dopadlo mnie wiosenne rozleniwienie przesilenie. Zamiast pelna energii wyrywac na dwor przewracam sie na drugi bok. Juz nawet nie probuje wstac rano wczesniej by pobiec do pracy. Wieczorem pedalujac po zatloczonym Londynie planuje jakby tu i gdzie pobiegac. Ale zanim dotre do domu jestem tak wykonczona probami nierozjechania zadnego paletajacego sie po sciezce rowerowej przechodnia, ze po opadnieciu na kanape juz tam zostaje. Potem bede narzekac, ze za malo treningu i nie moge dobiec do mety. Zadziwiajace, czesciej i chetniej biegalam gdy bylo zimno, pochmurno i zalegalo sniegiem niz teraz.
Wczoraj wybralam sie na Piccadilly Circus w poszukiwaniu skarpetek. Nie bede ryzykowac kolejnego odcisku. Planowalam wybrac sie do Nike, ale przedzieranie sie przez hiper zatloczona Oxford Street w godzinach pozno popoludniowych bylo ponad moje sily. No wiec poszlam po skarpetki, ale do Lillywhite'a nie idzie sie nigdy po jedna rzecz. To sklep sportowy rozrzucony na 6 pietrach z przecenami na wszystko: od biegania po futball, golf i inne cuda wianki. Dzial z bieganiem jest strategicznie umieszczony na ostatnim pietrze (wysokosc wispinaczki schodowej odstrasza wiekszosc turystow, ktorazy odpadaja gdzies na 3 wiec na ostatnie pietro docieraja tylko najwytrwalsi. Do tej pory wizja wpinania sie na ostatnie pietro dzialala ostudzajaco na wszelka chec zakupowa. Niestety odkrylam winde, ukryta w zaulkach wieszakow na polparterze. Po godzinie szwendania sie pomiedzy polkami, zerkania tesknym zwrokiem na wieszaki z Gore wyszlam z para skarpetek Nike Elite, pasem biodrowym z bidonem (stwierdzilam ze sie przyda gdy po ostatniej niedzielnej 25kilometrowej przebiezce z jezykiem jak wior wpadlam do przydroznego pubu blagajac barmana o szklanke kranowy i grozac natychmiastowa smiercia na jego oczach), chusta na glowe, kolejna para spodenek 3/4, stanikiem Adidasa (90% taniej) i 2 parami okularow (1 funt). Taaak, zdecydowanie zakupy biegowe wychodza mi lepiej niz samo bieganie.  

wtorek, 23 marca 2010

Polowka na Silverstone - wrazenia

Miala byc relacja dnia nastepnego a jest nastepnego tygodnia.

Kolejna poloweczka (juz trzecia), drugi raz w tym samym miejscu, a zatem wiedzialam czego sie spodziewac. No i nie oszukujmy sie, liczylam na poprawienie wczesniejszego wyniku. Wedlug planu ze stronki runners world powinnam byla przebiec w 1h 50min. Lub przynajmniej kolo tego. Efekt koncowy? Moze o tym pozniej.
Znajomy jechal autkiem, wiec tym razem nie musialam sie zamartwiac o transport. Od rana swiecilo piekne slonce, niestety po dotarciu na miejsce okazalo sie ze gratisowo dostaniemy dosc porywisty wiatr. Juz idac na tor zalowalam ze nie wzielam opaski, pocieszalam sie ze zatkam uszy sluchawkami i miejmy nadzieje to wystarczy.
Jak zwykle jednym ze sponsorow byla Lucozada. Szybka rundka po ich namiocie i wyszlam zaopatrzona w isotonik, kilka zelkow energetycznych, opaske z rozpiska czasu na 1:50 i balsam do ust. Nigdy nie probowalam zadnych wspomagajacych zeli, wiec bylam ciekawa co potrafia i jak na nie zareaguje.
Mnostwo osob traktuje ten bieg jako swego rodzaju sprawdzian przed zblizajacym sie maratonem londynskim. Musze przyznac, ze przydaje sie, tak na kilka tygodni przed Duzym eM. Aby uswiadomic sobie, gdzie sie stoi z treningiem i kondycja ( a raczej aby dostrezc jak bardzo w lesie sie jest i by zmiazdzyc pochopne nadzieje na nie-wiadomo jak dobry czas na maratonie).
Z duma ruszylam ku wejsciu dla biegaczy ponizej 2h.
Pierwsze 2 mile nie zaskoczyly mnie niczym nowym: tradycyjny bol piszczeli. Nie poddalam sie i po 3 mili bol minal. Trzymalam sie zakladanego tempa 5'14"/km. Niestety okazalo sie, ze moja opaska Nike nie jest odpowiednio wykalibrowana i ze bieglam za wolno.
Mniej wiecej od 5 mili wyczulam lekkiego odciska formujacego sie na podbiciu lewej stopy. Nie wiem skad on sie tam wzial. Przeciez biegam w tych butkach od tak dawna (moze pora na nowe?) i do tej pory sie nie zdazaly. Odcisk umiejscowil sie w tak strategicznym miejscu (na poduszce), ze opadalam na niego calym ciezarem przy kazdym kroku i czulam jak robi sie coraz wiekszy i bardziej bolesny. Mimo wszystko nie zwalnialam i trzymalam sie ustalonego tempa.
W tym roku prace budowlane trwajace na torze zepsuly troche wrazenia estetyczne. Zamiast rundki po calym torze, zrobilismy tylko krotki odcinek, przemykajac "dziura" w siatce na drogi serwisowe. Trawa bujna i zielona sama z siebie nie jest, wiec akurat byla nawieziona kompostem. Wiem, bo przebiegalam kolo niej trzykrotnie i za kazdym razem staralam sie nie oddychac.
2 opakowania zelkow postanowilam wykorzystac na 6 i 10 mili. Pierwsze wrazenie: ulepek, slodko az drojko, jakby powiedziala prababcia Karolina. Zel klei sie do podniebienia, skleja zeby i palce, gdy niechcacy sciskam tubke za mocno. Dobrze ze mialam ze soba wode. Nie moglam zlapac smaku, przed oczami widze babcie i jakies mgliste wspomnienie czegos z jej kuchni, troche pachnie dymem z ogniska. Czego oni tam do srodka daja? Obylo sie bez sensacji zoladkowych i kilka(nascie) minut pozniej poczulam nagly przyplyw energii. Zwlaszcza ten na 10 mili pomogl mi ruszyc do przodu.

Tegorocznej poloweczce brakowalo odswietnego charakteru, ktorego w ubieglym roku nadawali biegacze w przebraniach. Nie bylo nosorozcow (ktore zawstydzily mnie ostatnio zostawiajac mnie daleko w tyle), biegajacych bananow. A moze to po prostu fakt, ze wtedy to bylo moje pierwsze zmierzenie sie z tym dystansem?

Ogolnie bieglo sie dobrze, nawet bardzo dobrze. Ogolne zmeczenie bylo, ale nei staralam sie biec "za wszelka cene", akurat tyle by bylo przyjemnie (o ile mozna uzyc tego slowa).

No dobra, przeciagam. efekt koncowy mnie troche:
a) zaskoczyl
b) rozczarowal
c) sprowadzil na ziemie

1:57:58

Wine za ten czas zrzucam na:

a) wiatr: dobre 3 minuty pochlonelo bieganie pod wiatr. Gdy wpadalam w tunel podwietrzny chwilami trudno bylo mowic o bieganiu, to bylo oporne suniecie do przodu

b) odcisk: bolal i mimo wszystko chwilami bieglam wolniej. 1.5-2min

c) zle wykalibrowana opaske, ktora przez kilka mil ludzila mnie, ze biegne odpowiednim tempem a gdy w koncu zalapalam ze cos jest nei tak bylo za pozno i trudno juz bylo przestawic sie na szybsze

d) lenistwo: brak wlasciwego przygotowania, opuszczanie okolotygodniowych biegow, treningu szybkosciowego i redukcja do samych dlugich wybiegan

Mimo wszystko to i tak lepiej o cale 7'39" niz w poprzednim roku.

Organizacyjnie bez zarzutu. Stacje z woda i isotonikami na przemian rozstawione na calej dlugosci trasy. Akurat konczylam poprzednia butelka gdy dobiegalam do nastepnej stacji z napojami. Mnostwo wolontariuszy rozstawionych po obu stronach ulatwialo wziecie napoju, wiec nawet nie musialam zwalniac. Jedyne "ale" to koncowe koszulki: dlaczego organizatorom wydaje sie, ze kazdy polmaratonczyk jest w rozmiarze XXL? Koszulka nadaje sie tylko do spania.



Nastepnego dnia: bol zmeczonych miesni i sciegien i nawet moje kosmiczne gacie niewiele mogly zdzialac. Po dwoch dniach kustykania po biurze odkrylam tajemna bron: buty na obcasie. Sciegna nie naciagaja sie i bol zniknal jak reka odjal. Zaproponowalam moj sposob obolalemu koledze, z ktorym bieglam (1:38"), ale stwierdzil ze woli jednak pocierpiec. Faceci...

niedziela, 14 marca 2010

Pol maratonu adidas Silverstone 2010 czesc.1

Na świeżo, tuz po połóweczce, szybkie przemyslenia. Nasuwa sie tylko jedno: aaaaaaaaaaaałłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłlaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

piątek, 12 marca 2010

Przedbiegowo

Po sobotniej przebiegnietej 30tce zastanawiam sie jak rozwiazac zagadnienie zywieniowe na zblizajacym sie wielkimi krokami maratonie. Zdac sie na stacje dokarmiajace zapewnione przez organizatora, czy liczyc na siebie i trzymac zapasowego banana w kieszeni? Po 30tu km bez zadnego izotonika, czy batona lekko slanialam sie na nogach, szukajac najblizszego Tesco w celu podniesienia poziomu cukru.

W niedziele proba bojowa - pol maraton na torze Silverstone z ambicja zejscia ponizej 1:50. Moze wyprobuje jakies zelki dolaczane do koszulek z poprzednich biegow i zobaczymy jak na nie zareaguje. Mam nadzieje ze nie odbije sie to negatywnie.

wtorek, 2 marca 2010

Dylematy

"Juz byłem w ogródku witałem sie z gąską..."

Z powodu pewnej ulewy ominęło mnei długie wybieganie w niedzielę. Odrobiłam to częściowo wczoraj biegnąc 11km do pracy (poprawiłam swój czas o całe 6min) i 13km spowrotem. Skąd taka róznica? Poszłam na polowanie vibramek. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach udało mi sie w końcu namierzyć sklep, który miał kilka modeli. zdawałoby sie Londyn - centum świata (jak lubia mawiać o sobie Anglicy) a ostatnio mam coraz wieksze trudności ze znalezieniem biegowych gadżetów. Znalazłam w koncu niepozorny sklepik na Highgate & Islington z kilkoma parami niedbale zalegającymi na półce. Zaczęłam od mierzenia modelu Sprint, bo akurat ten byl w moim rozmiarze. 


Po pierwsze - wcale nie sa takie łatwe do założenia. Trzy wieksze palce wchodzą w miare sprawnie podczas gdy najmniejsze gdzieś sie zaplątowuja nie chcąc za nic trafić na swoje miejsce. Po kilku chwilach (i nadgorliwej uczynnej pomocy pana sklepikarza) udało mi sie je załozyc. Co za dziwne uczucie. Niby boso, ale w butach, troche jak w szpilkach ze złamanym obcasem. Dziwnie zaburzona równowaga stopy, pięta opada. Zbyt dużo nie dało sie wyczuc z kilku kółek które zrobilam wokół sklepiku. Butki strasznie zmachlaczone. Pewnie ciekawscy często je mierzą zadziwieni kształtem. Poprosiłam pana o inna kolorystyke (znaczy się w jedynym słusznym, czyli czerwonym). W zamian dostalam lila-różowe. No tak, mam juz gatki rozmiarem z Barbie to czemu nie miałabym jej bucików? Grzecznie podziękowałam i pobiegłam do domu. Lekko zawiedziona, chociaż po dogłebniejszych dzisiejszych poszukiwaniach zawiedzenie przeszło w zadowolenie. 
Five Fingers nigdy nie byly docelowo butem do biegania. Początkowo miały byc alternatywą dla żeglarzy, coś co ochroni stopy dając jednocześnie swobode ruchu. W odpowiedzi na coraz szersze zainteresowanie firma nie kazała długo czekać i juz w tym miesiącu wypuszcza na rynek nowy model SPEED, zaprojektowany z myślą, miedzy innymi o biegaczach.  

Co ciekawe, buty do tej pory robiące furrorę w Stanach model Speed będa miały dostepny tylko w Europie. Choc raz to my a nie oni (hihi), co oznacza, że nie będę musiała przekopywac się przez setki stron by w końcu znaleźć jakiegoś dystrybutora. Prawdę mówiąc juz je znalazłam na stronce purefootwear gdzie mozna je już zamówic z 10% znizką. Według informacji na stronie będą dostepne juz w marcu, czyli bardzo niedługo. Wprawdzie paryskiego maratonu nie uda mi sie w nich przebiec, wiadomo stopy i łydki będą potrzebowały czasu do przyzwyczajenia sie do nowego stylu biegania, ale może juz maraton warszawski...
Teraz nei pozostaje nic innego jak czekac na pana listonosza. Eh jak za starych, dobrych czasów...

niedziela, 28 lutego 2010

Born to Run - z podeszwą czy bez?

Dzis bedzie o książce, która mnie ostatnio poruszyla. 

Zgodnie z zaleceniem producentów od dluzszego czasu rozgladałam się za nowa para obuwia, bo przeciez moje trampki przebieły juz ponad 1500km a zatem amortyzacja pada, guma juz nie ta i ogólnie więcej z buta szkody niz pożytku (tak przynajmniej wmawiaja mi wszelkie poradniki i mądre piśmidła). Wybór, wiadomo, ogromny. Zarówno kolorystycznie, wspomaganiowo jak i cenowo. 
Podeszwa, która dopasowuje sie do stopy przy kazdym kroku, lepsza stabilizacja łuku itd. Im więcej czytałam tym bardziej byłam zagubiona. Skąd pewność, ze lepsze obuwie pomoże mi w osiągnięciu biegowych celów? W tym czasie rozterek obuwniczych biegający znajomy polecił mi książkę, która rzuciła calkiem inne światło na problem obuwia i podejścia do biegania. 

Oto stopy, które potrafią przebiec dziesiatki a może i setki kilometrów, w upale pustyni i chłodzie nocy. Po skalistych wzgórzach i kamienistych wąwozach. Nic nie podtrzymuje ich kostek ani piety, nie maja kolorowych komór powietrznych ani żelowych wkładek. Jedyne, co chroni je od otarcia o kamienie to kawałek skórzanej podeszwy i rzemień. Te stopy należą do czlonka plemienia Tarahumara,  the Raramuri - the Running People. I o nich jest ta książka. A przynajmniej w dużej części.



"Born to run - the hidden tribe, the ultra-runners, and the greatest race the world has never seen" Chrisa McDougalla, bo o niej mowa, ukazała sie w ubiegłym roku i wywołała spore zamieszanie w biegającym światku. Świetnie napisana w niczym nie przypomina dotychczasowych pozycji o bieganiu. Chris zabiera czytelnika w niezwykłą podróż przez niezbadane meksykańskie wąwozy Copper Canyons, 100 milowy bieg Leadville, po drodze przybliżając sylwetki takich ultra biegaczy jak Scott Jurek, Barefoot Ted, Jenn Shelton i przede wszystkim Caballo Blanco i Tarahumara - ultra, ultra biegaczy. A wszystko zaczyna sie od prostego pytania:

Dlaczego boli mnie stopa?

Gdy zwraca się z nim do lekarza ten odpowiada krótko: Bieganie. Ludzkie ciało nie jest zaprojektowane do takiego wysiłku. Co zrobiłby normalny człowiek w takiej sytuacji? Poszukał nowego hobby? Zajął się szydełkowaniem? Chris sie nie poddaje i próbuje znaleźć alternatywne rozwiązanie, które pozwoli mu kontynuować przygodę z bieganiem. W ten sposób trafia do Meksyku. 


Autor w doskonały sposób przeplata historię i niezwykły styl zycia Indian Tarahumara z opisami kilku ultra wyścigów i swoim doświadczeniem z bieganiem na boso. Każdy rozdział pełen jest informacji, cytatatów i anegdotek, które rozbawiają jak również inspirują. Do biegania, do zadumy nad powodem dla którego zakładam buty i wychodzę na dwór niezależnie od pogody. Jenn Shelton zapytana co skłoniło ja do ultra biegania odpowiada: by stać sie lepszym człowiekiem. Sam autor twierdzi, że jedynym powodem jest zabawa, bo co moze byc przyjemniejszego od śmigania przez ciemny las z wiatrem chłodzącym spocone ciało? Czysta przyjemność. To równiez lekcja jaką wynosi ze spotkania z Tarahumara i Caballo Blanco: skup sie na prostocie. W momencie gdy przestaniemy koncentrować sie tak bardzo na czasie w jakim MUSIMY przebiec maraton i zaczniemy czerpać przyjemność z tych środkowych kilometrów, zaczniemy doceniać bieganie. Dla Tarahumara bieg to radość, to zabawa, wolność, niezależnie od tego czy to 10, 50 czy 100 mil, na ich twarzy zawsze gości uśmiech. Zapominamy, że bieganie daje taka przyjemność. Traktujemy bieganie w ten sam sposób jak poród - będzie bolało, i bedzie wymagało mnóstwo specjanych cwiczeń i sprzętu. (...) dla Tarahumara bieganie to nie ciężka praca, to nie kara za nadmierne jedzenie. To sztuka. (...) Mówią: dzieci biegają zanim naucza sie chodzić. 


Euforia autora jest tak zaraźliwa, że po przeczytaniu kilku rozdziałów ma sie ochotę rzucić wszystko i pójść pobiegać. 


Chris rozprawia sie też z teorią spisku wielomilionowego przemysłu obuwniczego. Co roku 80% biegaczy doświadcza jakiegos urazu. Ścięgna, piszczele, Achilles... Niekończąca sie lista. Według autora (i wielu mądrych głów, których badania przytacza) głównym powodem są zbyt wygodne buty. To, co w zamierzeniu ma nas chronić - rozleniwia i naraża na uraz. 
"Buty blokują ból, nie uderzenie! Ból uczy nas by biec w wygodniejszy sposób."
"Wiele urazów stóp i kolan, jakie dotykaja nas w obecnych czasach sa spowodowane obuwiem, w jakim biegamy - mówi Dr Lieberman z Uniwerystetu Harvarda - które osłabia stopy, zmusza do nadmiernej pronacji i naraża kolana. Do 1972, roku w którym Nike wynalazł aktualny but biegowy ludzie biegali w butach z cienkimi podeszwami, mieli silne stopy i cierpieli na o wiele mniej urazów kolan."


Najdroższe obuwie jest najgorsze (?!?!?!?!?!) twierdzi autor. Biegacze używający butów z górnej półki cenowej maja o 123% większą szanse na uraz niz ci biegający w tanim obuwiu (badania Bernarda Marti z szajcarskiego uniwerystetu w Bern).  Udowodniono również, że znoszone, "ubite" obuwie jest lepsze niz te prosto z pudełka. Co ciekawsze im lepiej amortyzowane tym mniejszą ochronę zapewnieją. Buty dostepne na rynku są za miękkie i za grube by chronić stopę. Dlaczego by zatem nie darować sobie całego zamieszania z wyborem butów i zacząć biegac boso?


"Od momentu, gdy zaczniesz biec boso zmienisz sposób w jaki biegniesz" 
Dr Gerard Hartman, irlandzki fizjoterapeata, któremu bezgranicznie zaufały takie gwiazdy jak Paula Radcliffe, Haile Gebrelassie i Khalid Khannouchi popiera bieganie boso od lat. "Pronacja nabrała negatywnego znaczenia w ostatnim latach a to przecież naturalny ruch stopy. Stopa powinna pronować." Biegnąc boso (co oczywiście od razu sprawdziłam po przeczytaniu tego rozdziału) automatycznie lądujemy na zewnetrznej stronie stopy, delikatnie przetaczając sie od małego do dużego palca aż do momentu gdy stopa jest płaska. To właśnie pronacja - delikatny, absorbujący uderzenie skręt pozwalający łukowi stopy na kompresję. (...) Ruch ten jest niemożliwy w obuwiu z grubą podeszwą, która zmusza nas do lądowania na pięcie. (...) Stopa to cud, który inzynierowie próbuja naśladować od wieków. Jej środkową częścią jest łuk - najlepsza podpora jaką kiedykolwiek zaprojektowano. Piekno każdego łuku leży w sposobie w jaki staje sie mocniejszy pod wpływem nacisku, im mocniej go naciskasz, tym bardziej zacieśniaja sie jego części. Żaden szanujący się kamieniarz nie wstawiłby podpory POD łukiem; naciskaj go od dołu i osłabisz całą strukturę. Łuk stopy jest wspierany z każdej strony przez niesamowicie rozciagliwą sieć 26 kości, 36 stawów, 12 gumowych ścięgien i 18 mięsni, wszystkie roziągające sie i zginające się jak podwieszany most odporny na trzęsienia ziemi. 
Obuwanie stopy jest podobne do wkładanie jej w gipsowy opatrunek - twierdzi Dr Hartmann - Jezeli załozysz gipsowy opatrunek, juz po 6 tygodniach można dostrzec 40-60% zanik mięśni. Podobnie dzieje się ze stopą zamkniętą w bucie. 
Dr Hartmann, pracując z wieloma Kenijskimi atletami zauważyl niespotykaną elastyczność ich stóp wynikającą z faktu, że do 17 roku życia biegali boso. 
Bosy człowiek otrzymuje ciągły strumień informacji o podłożu i o relacji z nim, podczas gdy obuta stopa śpi w niezmieniającym sie otoczeniu.

Jeszcze odrobina czytadla w tematyce 




Nie powiem, ogrom faktów, liczb, i mądrych nazwisk podział na mnie pewnie tak jak powinien. Dał do myślenia. Może faktycznie to jakieś rozwiązanie na wszelkie dziwne bolączki biegacza. Biec boso, no tak, ale co z kamykami, zerdzewiałymi gwoździami, rozbitym szkłem i tysiącem potencjalnych zagrożeń dla wydelikaconej ciągłym noszeniem obuwia stopy?
Z pomoca przychodzi Vibram Five fingers - buty przypominające rekawiczki na stopy, z oddzielną komorą na każdy palec. Pomagają chronic stopy przez urazami dając jednocześnie poczucie biegania na boso.






Własnie przeglądam oferty sklepów internetowych, wiec moze juz wkrótce dowiem sie ile w tym prawdy.


*wszystkie cytaty pochodzace z książki są własnego tłumaczenia więc proszę o wybaczenie 

sobota, 27 lutego 2010

Kreative blogger Award

Dostalo mi sie.

Nagrodą Kreativ Blogger od Midi. Nie wiedziałam, że te moje bazgroły kreativne są, ani ze taka nagroda istnieje. Człowiek uczy sie całe zycie. Nie powiem, miło sie zrobiło i pierś z duma do dekoracji nastawiam. 
Zgodnie z zasadą wyróżnienia teraz moja kolej na uhonorowanie kolejnych (przynajmniej) 7 bloggerów i poinformowanie ich o tym w komentarzu. Zazwyczaj wszelkie łańcuszkowe maile trafiają do kosza zanim zdążę doczytać jakie to wielkie nieszczęście mnie trafi jeżeli to zrobię. Nie mniej jednak tym razem będzie go with the flow i uszczęśliwię kilku innych bywalców wirtualnej rzeczywistości. 

And the winners are:

Wawrzyniec za giętkość yyy klawiatury (???) przy cudnie kolorowych opisach jakze szarej rzeczywistości
Kot i Maleństwo - za  koncentracje na tej zabawniejszej stronie życia
Tatter - za przypomnienie, że nie jestesmy skazani na ulepszaczowe gnioty bo bochenek chleba to dzieło sztuki, które potrafi zrobić każdy
Liska za zadumę nad miska zupy
BogaczKa za pasje i cudne aniołki

Nie wyszło 7,

czwartek, 25 lutego 2010

Wiosna powialo

"Zawalila mi sie stodola. Ale ty sie corka  nie martw bo i tak miala byc do rozbiorki" - takimi slowami powital mnie skype skrzeczacy glosem Rodziciela. W Polsce sniegu nadal co nie miara i nic nie zapowiada na to by w koncu mial zniknac. Trudno mi to sobie wyobrazic (chociaz widzialam zdjecia), zwlaszcza w obliczu wiosennej pogody jaka zawitala do Londynu w sobote. Oslepiajace slonce i blekitne niebo jakiego nie widzialam od miesiecy wygonily mnie na zewnatrz. Systematycznie zaniedbuje moje srodkowo-tygodniowe treningi, wiec staram sie chociaz zaliczac dlugie wybiegania. Te niedzielno-sobotnie biegi staja sie pretekstem do zapuszczania sie w kompletnie nieznane rejony miasta. Taka droge do pracy znam na pamiec. Z zamknietymi oczami moge ja przesledzic z dokladnoscia do kazdego z 33 czerwonych swiatel trafiajacych sie po drodze. Okazuje sie, ze wystarczy krok w bok by odkryc calkiem inne oblicze miasta. Londyn posiada dosc spora siec kanalow (ma nawet Mala Wenecje) i jeden z nich trafil mi od nogi. Nieoczekiwanie trafilam na sciezke wykendowych biegaczy i rowerzystow i wcale sie im nie dziwie. Obok oaska betonu biegnacego wzdloz kanalu jest tez sciezka udeptana na trawie. Moje stopy juz daaaaawno miekkiego podloza nie czuly. Mila odmiana po nieustannym tuptaniu po betonie i asfalcie.

Plan zakladal 27km w 2h55min a zatem niezbyt wymagajace, spacerowe tempo 6'40"/km. Piekne okolicznosci przyrody przyprawily mnie o lekki bol szyji, gdy krecilam zawziecie glowa dookola probujac napatrzec sie na rozpozcierajace sie przede mna wiejskie klimaty. Kto by pomyslal ze to jeszcze Londyn. Zle wyliczylam koniec pierwszego odcinka i po powrocie pod dom mialam tylko 25.5km na liczniku, ale stwierdzilam ze bez sensu bedzie robienie 2 kolek wokol okolicy tylko po to by dobic do zalozonego dystansu. Jeszcze tylko 16.5km i jestem gotowa. Wiem juz ze potrafie przepiec 3 godziny pod rzad. Pytanie tylko czy bede potrafila biec troche dluzej i troche szybciej?















poniedziałek, 15 lutego 2010

CW-X Pro

Od trzech tygodni jestem szczesliwa posiadaczka legginsow japonskiej firmy cw-x. Po wielomiesiecznym dumaniu i roztrzasaniu wszystkich za (15) i przeciw (1 - cena) zdecydowalam sie na zakup. Niewatpliwie przyczynila sie do tego rowniez trafiona okazja cenowa. Teraz pora na pierwsza ocene.

Zakladanie. Jest dosc uciazliwe. Getry, jak to gatki kompresyjne, sa bardzo obcisle i zakaldanie ich ciagle przysparza mi troche problemow. Zazwyczaj zatrzymuja sie w okolicach kostek, powaznie zagrazajac poczuciu rownowagi (pierwsza proba zakonczyla sie bolesnym ladowaniem na podlodze). Powoli opanowuje jednak te trudna sztuke i gdy tylko uda mi sie wpasowac kolana to reszta idzie prawie sprawnie.

Na pierwsza przebiezke zabralam je w droge do pracy. To 11km spokojnym tempem. Nic sie nie trzesie, skacze ani nie faluje. Miesnie sa utrzymywane na swoim miejscu, kolano siedzialo cicho przez cala trase, a dol plecow nie zapiszczal bolesnie nawet raz. Ok, adrenalina robi swoje, pomyslalam. Zapewne jestem ciagle w euforycznym stanie wywolanym samym faktem posiadania gatek. Poza tym podswiadomosc robi swoje, skoro tyle kosztowaly to musza dzialac.
Podejrzliwie podeszlam nawet do braku tradycyjnego bolu miesni pojawiajacego sie kilka godzin po biegu.

W niedziele zabralam je zatem na porzadna 24km przebiezke. Po pierwsze, zadziwila mnei lekkosc, z jaka sie w nich biegnie. Tak jakby ktos zdjal mi z nog ciezarki. Mam sile mocniej sie odbijac, podnosic kolana wyzej, biec dluzej. Nastepnego dnia przygotowalam sie na zastygle miesnie, bol i cierpienie. W zamian dostalam poczucie siezosci i lekkosci. Hmm nawet moja podswiadomosc nie mogla mnie az tak oszukac.

Jedyny minus (jak do tej pory) to zapach, jaki wydzielaja: dziwny, chemiczny, metaliczny. Moze jak nowy mikser, musza sie porzadnie dotrzec? Zobaczymy, jak na razie cw-x zyskal nowego fana.

niedziela, 7 lutego 2010

Tydzien 7 - 24km

Dzisiejszy trening zamienił sie w zwiedzanie południowo - wschodniego Londynu. Opowieść w obrazkach:




Uniwesytet w Greenwich










O2

Docklands





Antony Gormley's Quantum Cloud



Radosna twórczość nadbrzeżna

Thames Barrier

Foot tunnel Woolwich



czwartek, 28 stycznia 2010

O gaciach raz jeszcze

Czytalam, ogladalam, przegladalam, porownywalam, szukalam, pytalam nawet snilam o tych gaciach. Mowa oczywiscie o getrach kompresyjnych firmy cw-x. Wahalam sie pomiedzy modelem stabilyx a pro. W pierwszym kusila mnie doskonala stabilizajca wszystkich stawow, zwlaszcza kolan, ktore ostatnio za czesto sie odzywaly. W drugich kompresja odpowiednich miesni. Padlo w koncu na pro. Produkty tej firmy od niedawna dostepne sa w Polsce. Niestety w UK firma ma zaledwie jednego dystrybutora i kosmiczne ceny - £90 za dlugie spodnie. W Stanach ceny sa przystepniejsze, ale dodajac oplate za przesylke wychodzi na to samo. Udalo mi sie wypatrzec pare pro na ebayu - juz z przesylka ze Stanow £62. Przy obecnym kursie funta to i tak taniej niz spodenki 3/4 w Polsce. I na dodatek cale czarne, wiec nie bede wygladac jak cyrkowiec.
Przyszly wczoraj. Z niecierpliwoscia malego dziecka rozrywalam koperte. Rozmiarowo gatki wygladaja jakbym je z Barbie sciagnela, pomimo tego ze wzielam sluszny rozmiar M. Zabawa przy zakladaniu byla przednia. Zatrzymaly sie w okolicach kostek i dalej ani rusz. Balansujac na jednej nodze, z druga niebezpiecznie zaplatana w nogawki skakalam po pokoju probujac doczytac dolaczona instrukcje obslugi. Gdy udalo mi sie wpasowac kolana to reszta juz jakos poszla. Pas jest bardzo ciasny, ale dzieki temu doskonale podtrzymuje tyl plecow i brzuch. Przylegaja jak druga skora, nie uwierajac ani nie przegrzewajac. Poskakalam sobie profilaktycznie po pokoju i to co zwykle faluje i skacze nie ruszylo sie ani o milimetr. Mam nadzieje, ze dzis pobiegamy razem to zdam relacje jak wypadly.