poniedziałek, 7 stycznia 2013

Niedzielny Fartlek czyli bez ładu i składu po sniegu i lodzie

Popadało deszczem dla odmiany i pokazały się całe połacie czarnego asfaltu. Postanowiłam to wykorzystać i  pobiegać jakieś interwałki (takie baaaardzo malutkie interwały). Gdzieniegdzie się udało, a gdzieniegdzie nie, więc było szybko - truchtowo-marszowo. Ale najważniejsze, że było.

Jak ja nie lubię interwałów. Już wiem dlaczego nie mogłabym być zawodową atletką, bo nie lubię biegać szybko. Kolanka chyba też nie bo coś lewe delikatnie się odzywa, a już tak długo był spokój. Szybkość to moja pięta Achillesowa i trzeba będzie nad nią popracować. Niestety 

Tydzień nr 3 zaliczony. Plan 14km wykonany (prawie, 13,83km ale czuje się oszukana na te kilkadziesiąt metrów przez opaskę Nike bo na wyświetlaczu pokazywało więcej a potem w systemie już mniej)

Nike od kilku miesięcy modernizuje swoja stronę i od niedawna dostępna jest opcja Splitów (jak to się mówi po naszemu?). Bardzo mnie to cieszy bo do tej pory tylko uśredniała cały bieg, więc trudno było stwierdzić jak faktycznie poszło. 

Dzisiejszy bieg wygląda zatem tak:


Czytam właśnie książkę Fit2Fat2Fit (od wysportowanego do grubasa i spowrotem) (więcej informacji i zdjęć na stronie www.fit2fat2fit.com ) Drew Manninga. Drew jest osobistym trenerem, który nie mógł zrozumieć dlaczego otyłym/bezkondycyjnym  ludziom tak trudno wytrzymać na wyznaczonym szlaku do zdrowszego życia. W tym celu postanowił sprawdzić jak to jest być otyłym (od zawsze fanatyk fitnessu i zdrowego odżywiania) i z pozycji otyłego zacząć odchudzanie. W tym celu na 6 miesięcy zaprzestał jakiegokolwiek wysiłku fizycznego i zamienił się w typowego Amerykanina: kanapa, McD, typowe amerykańskie jedzenie itd. Efekt: przytył 34kg. Dopiero wtedy zrozumiał jak trudne jest zaczynanie zdrowego trybu życia, jak ciężko jest ruszyć się z kanapy. Zdrowe odżywianie to ciągła codzienna walka o każdy posiłek, bo "zakazane" produkty, które do tej pory były podstawą każdego posiłku czatują na każdym rogu. 'Zerwałem z wami ale czy kiedykolwiek przestane za wami tęsknić?' Zmieniła się również jego samoocena. Z pewnego siebie, wesołego człowieka zmieniła się w worek kompleksów, który wstydził się pójść na siłownię pełną wysportowanych ludzi. Po kolejnych 6 miesiącach wrócił do poprzedniego stanu bogatszy o wiedzę 'z pierwszej ręki'.
Dlaczego o niej piszę? Książka nie jest o bieganiu, ale znalazłam w niej wiele odniesień do samej siebie. Odkąd odkryłam bieganie w 2008 stawałam się fanatyczką zdrowego sportowego życia. Nowy Rok zaczynałam od wyciągnięcia kalendarza i rozpisania startów. Szafa zamiast sukienkami zapełniała się coraz nowszymi ciuchami do biegania, powoli stawałam się pewnie monotematyczna. 
I nagle ciąża odcięła mnie od tego. Chociaż nadal starałam się być na tyle aktywna na ile pozwalał mi lekarz (joga, basen, spacery) i w miarę zdrowo odżywiać się to powoli zamieniałam się w kanapona. Przez ostatnie 2 lata obrosłam mchem i coraz trudniej przychodziło mi zdobycie się na nadprogramowy wysiłek. Również jedzeniowo było nieciekawie (wszystko zaczęło się od ciasteczka do herbaty serwowanej w londyńskim szpitalu, uzależniłam się od burbonków). Wiedziałam, że dzieje się źle, widziałam co dzieje się z moim ciałem, któremu tak trudno było/jest wrócić do stanu przedciążowego, ale nie byłam w stanie zmobilizować się do regularnego wysiłku. 
Powrót na zdrową ścieżkę, to nie jest jednorazowa decyzja. To walka z samym sobą przez cały czas, w każdej minucie każdego dnia. Z czasem jest jednak łatwiej. Wystarczyły 3 kolejne tygodnie regularnych treningów i ta podstawowa decyzja: czy wyjść dziś pobiegać z każdym dniem jest łatwiejsza. Ubranie biegowe nie leży na dnie szafy (właściwie to szafy nie mam, garderobę mam), tylko gotowe w łatwo dostępnym miejscu. Tak by nie stało się jeszcze jedna wymówką przeciwko. Na nowo odkrywam radość z biegania, z aktywności, z oczyszczającego zmęczenia jakie tylko sport może przynieść. 
Widzę też, że robię postępy. A to motywuje jeszcze bardziej.

TYDZIEŃ 1

TYDZIEŃ 2

TYDZIEŃ 3


środa, 2 stycznia 2013

Z biblioteczki biegacza

Namawiała, namawiała i namówiła jak mawiał Wicia (mowa oczywiście on Hance, którą to obwiniam za popełniony czyn). Oplata za bieg poszła w eter a wiec to oficjalne: półmaratonie w Warszawie przybywam. Pora zatem wziąć się porządnie za przygotowania. Już tak mam, że jeżeli nie wisi nade mną widmo zbliżającego się biegu to trudno z mobilizacja i potrafię znaleźć tysiące wymówek aby tego nie robić. Zwłaszcza teraz stało się to wyjątkowo trudne. O ile kiedyś wystarczyło zebrać się w sobie, założyć biegowe ciuszki i wyjść z domu wiedząc, ze nocą człowiek się spokojnie zregeneruje, tak teraz poświecenie tej odrobiny wolnego czasu, którą mogłabym mieć dla siebie, gdzie nikt nie krzyczy ze chlebka, że wstało, pokazać, podać, poczytać, zobacz mamo jak się fajnie z niekapka kapie wymaga naprawdę silnej woli. Zwłaszcza bez gwarancji regenerującego snu nocą. Bo po co spać jeżeli jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia? Przecież świat nocą jest taaaaaaki ciekawy. Tam świeci, tu blika

Przeglądałam ostatnio swoje zapiski i dopiero do mnie dotarło ze ostatni porządny bieg miałam .... 2 lata temu - pół maratonu w Greenwich. DWA LATA. Nie zdawałam sobie sprawy że to już tak dawno. Na swoje usprawiedliwienie miałam to, że zaraz potem była ciąża, i mały Tygrysek i przepełnione pokarmem piersi, które nie ułatwiały biegania, a jak już się za nie wzięłam (bieganie, nie biust) to padły mi kolanka. I tak powoli zamieniłam się w kanapona. Już sam fakt, ze szukam usprawiedliwień to zły znak, bo podpada pod kategorie myślenia mieszkańców mojej Nawsi: “a czego ty się dziecko tak meczysz? Za jaka kare ty to robisz?”. Przecież ja lubię bieganie, to poczucie wolności, ten szum endorfinek. Chyba najwyższa pora sobie o tym przypomnieć.

A nic nie działa motywacyjnie jak dobra lektura (a jeszcze lepiej rywalizacja, ale chwilowo nie mam nikogo w okolicy kto chciałby pobiegać zimową porą więc pozostają książki).
Im mniej biegam, tym więcej czytam o bieganiu. (Mam nadzieje ze to ta wersja a nie odwrotna: im więcej czytam o bieganiu tym mniej biegam.) Taka dobra książka świetnie podbudowuje i daje porządnego kopa w leniwy zadek. Mam na myśli nie takie typowo-treningowe z planami i poradami co jak z czym, tylko bardziej w formie opowieści o biegaczach lub biegaczy o bieganiu.
Taka książka jest zawsze świetnym prezentem dla biegającego ludka, gdy nie wiadomo czym można by go obdarować.


Moją pierwszą książką był "Zwycięzca" Macieja Kuczyńskiego. Niewielka książeczka (wydana w 1982 przez Naszą Księgarnię) o wielkiej treści. Nie pamiętam już jak na nią trafiłam, pewnie na jakimś forum (to całkiem jak z YouTube  gdy okazuje się  że jest 2 nad ranem a ja nie mam pojęcia jakim cudem znalazłam się na danym filmiku). Miałam spore problemy z dostaniem jej w UK, ale w końcu dotarła. To opowieść o peruwiańskim chłopcu, który miał jeden wielki talent i pasję - bieganie. Ale by móc robić to do czego został stworzony musi pokonać wiele przeszkód. Jego "kariera" jako biegacza nabiera tempa gdy dostrzega go tajemniczy nauczyciel. Poddaje go treningowi, jaki przechodzili kurierzy pocztowi inków. Nic więcej nie zdradzę. 
Po przeczytaniu założyłam buty i poszłam biegać, a zatem efekt osiągnięty. 




Kolejną pozycją było " O czym mówię, gdy mówię o bieganiu" Haruki Murakamiego. Autor dzieli się w niej nie tylko szczegółami swoich treningów, biegów, osiągnięć, ale również tajnikami warsztatu pisarskiego (co dla tych marzących o wydaniu własnej powieści [czytaj: mnie samej] jest na wagę złota). Opisuje brutalność "ściany" z jaka zderza się większość maratończyków tuż przed ukończeniem biegu.  To opowieść o tym jak bieganie, treningi, starty w maratonach i triatlonach ukształtowały go jako człowieka i pisarza oraz jego spojrzenie na świat i życie. Autor pisze :"Prawie wszystko co wiem o pisaniu nauczyłem się podczas codziennego biegania ". Mowa tu o wytrwałości, systematyczności i skupieniu. Pisze o dyscyplinie i odwadze potrzebnej dla każdego długodystansowca (również pisarza). Murakami opisuje historię swojego biegania – dlaczego zaczął, jakie cele sobie osiągnął i do czego doszedł. Znowu niewielka pozycja a jakże ciekawa i motywująca. 



“Urodzeni biegacze” Chrisa McDougalla o której pisałam tu. Napisana w sposób lekki i ciekawy. Po każdym rozdziale miałam takiego pałera ze zakładałam buty i wychodziłam pobiegać bez względu na porę czy pogodę.  Czasem jednak odnosiłam wrażenie, że jest zbyt pompatyczna. Taka typowa książka wypuszczona na rynek amerykański  gdzie wszystko musi być naj i hiper i w ogolę ŁAŁ. McDougall opisuje biegi ultra w tak lekki i przyjemny sposób  ze zwodzi czytelnika w przekonanie iż taki ultra to nic innego jak świetna zabawa i prawie-że spacerek po parku. No czasem człowiek może zemdleć, czy pozbyć się zawartości żołądka przy drodze, dostać hipotermii, odwodnić się, no ostatecznie może grozić śmiercią, ale to naprawdę nieistotne szczegóły w porównaniu ze świetną zabawą. Pod tym względem bardzo niebezpieczna książka.
Co dobrego wyniosłam z jej lektury? Na pewno zainteresowanie takimi postaciami jak Caballo Blanco (niestety nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z nim podczas jego ostatniej wizyty w Londynie, czego żałuję, Scott Jurek czy Jenn Shelton. Vibramki Five Fingers, pieszczotliwie nazywane “ małpimi stopami” przez mojego ówczesnego szefa (gdy wychodziliśmy do pubu po pracy kazali mi stawiać torbę przed stopami by nikt ich nie widział a były soczyście czerwone) i bieganie naturalne.

Własnie dzięki lekturze “biegaczy” nie wahałam się ani chwili sięgając po książkę “Jedz i Biegaj” wspomnianego już Scotta Jurka. Było o niej głośno w polskich mediach i światku biegowym w okolicach października  gdy sam Scott przybył do Polski w ramach promowania książki  Przeglądając wpisy blogaczy z tego okresu trudno znaleźć bloga bez wzmianki o książce czy o samym Scotcie (Scocie? Czy to się w ogóle odmienia? Jako przyszły tłumacz powinnam chyba to wiedzieć) (już wiem, wersja prawidłowa to Scocie według mojego profesora)
Książka jest rewelacyjna. Jestem dość wybredna i bardzo krytyczna jeżeli chodzi o lektury tak tu nie miałam do czego się przyczepić  Nie wiem, jak polskie tłumaczenie bo jeszcze nie miałam okazji się do niego dobrać  ale oryginał czyta się świetnie. Chwilami jak dobrą powieść akcji, z tym ze bez tej pompatyczności jak u McDougalla. Steve Friedman odwalił kawal dobrej roboty.
Scott (dla niewtajemniczonych) to człowiek legenda. Jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) ultrabiegaczy. Momentami zastanawiałam się czy nie jest jakąś zmutowaną formą wyższej rasy, coś na kształt robocopa. Komu przyszłoby do głowy chodzić ze skręcona kostką? A co mówić o przebiegnięciu bardzo trudnego, górskiego ultra z kostka usztywnioną kawałkiem taśmy samoprzylepnej? No właśnie.
To, co uderza od samego początku to jego skromność  Nie znajdziemy tu achów i ochów Scotta nad samym sobą  Nie chełpi się swoimi zwycięstwami  Z lektury wyłania się obraz niezwykle pokornego człowieka  który ciężka pracą i determinacją osiąga niesamowite wyniki. Wygraną świętuje w bardzo nietypowy sposób - niezależnie od zmęczenia siada na na trawie na mecie i dopinguje wszystkim współzawodnikom  gratulując im niezwykłego osiągnięcia jakim jest ukończenie biegu.
W książce pełno jest perełek w postaci przemyśleń Scotta nad własnymi błędami i motywacjami, na zakończenie każdego rozdziału dzieli się mądrymi wskazówkami dotyczącymi techniki biegu: właściwą postawa podczas biegu, kadencją kroków etc; oraz pysznymi przepisami. Scott jest weganinem;  w książce opisuje jak do tego doszło plus podaje wiele ciekawych informacji na temat żywienia biegacza oraz własnych przepisów. Wprawdzie może być problem ze zdobyciem niektórych produktów, ale zawsze można zastąpić je czymś “krajowym”.
W ramach przygotowywania Tygrysa do przyszłej kariery biegowej ;) zrobiłam mu na śniadanko placki wielozbożowe według Scotta zamieniając niektóre składniki na to, co miałam dostępne w szafkach (przepis jest tu). Tygrys był zachwycony, więc wróże mu piękna karierę. Niech jeszcze odważy się chodzić samodzielnie.

Pisząc o twardych zawodnikach Scott podaje przykład biegaczki, która ukończyła ultra w 3 tygodnie po urodzeniu dziecka karmiąc malucha w puntach medycznych (a ja wymawiam się porodem przy bieganiu rekreacyjnym). Osobiście nie zaliczyłabym tego do rozsądnych poczynań. To oznacza ze musiała ostro trenować podczas całego okresu ciąży ( zdrowe dla malucha?). To tylko dowodzi, ze umysły “ultrasów” działają trochę inaczej.

Fajnie jest spojrzeć na takie ekstremalne biegi oczami uczestnika (i to nie byle jakiego), dostrzec to, że on tez jest (nie) zwykłym człowiekiem, który cierpi, zmaga się z niechęcią i lenistwem, walczy z wymówkami i chęcią zostania pod ciepłą kołderką w paskudna pogodę  On tez popełnia błędy, ale szybko je analizuje i stara naprawić.
Polecam nie tylko osobom biegającym  Doskonale świadectwo ducha, determinacji i pasji, które może zmotywować człowieka do większego wysiłku. Również w życiu.

To co lubię w interesujących książkach to odsyłanie do innych interesujących książek, które pomagają zapełnić pustkę powstała po przeczytaniu ostatniej strony. Scott podaje mnóstwo ciekawych tytułów  które zainspirowały go w ten czy inny sposób  Czy może być coś lepszego niż sięgniecie po książkę  z której uczył się sam mistrz? Dzięki jego rekomendacji pochłaniam własnie “Chirunning” Danny’ego Dreyera (o niej będzie w następnym poście) i próbuje zdobyć “Chi marathon” tego samego samego autora oraz “Running with the whole body”.

Lista będzie uzupełniana, bo w kolejce już czeka kilka nowych tytułów.

Jaki pierwszy dzien...

...taki cały rok? Oby nie.

Sylwestrową noc spędziliśmy kangaroo style. M pochrapywał grypowo a my z Tygrysem spaliśmy na kangura (znaczy Tygrys spał a ja próbowałam znaleźć wygodną pozycję). Tatuńcio przytargał grypsko z pracy i powaliło Juniora. Temperatura 40,5C. Tak więc poranek noworoczny spędziliśmy na izbie przyjęć. I jakiego trzeba mieć pecha, że znowu trafiliśmy na tę samą panią Konował co ostatnim razem, gdy to przy trzydniówce wypisała nam antybiotyk na przeziębienie. Tradycyjnie panie zrobiła kwaśną minę, zjechała M, że też jej głowę zawraca, zbadała Tygrysa jak worek z kartoflami, wypisała receptę i jazda stąd. Żadnego wyjaśnienia co jak i dlaczego. Podejście istnie peerelowskie. Chyba nikt pani nie powiedział (dobre 70 lat na karku), że ustrój i podejście do klienta się zmieniły. 
Cały dzień spędziliśmy z Tygryskiem na misia koala, wczepiony we mnie nie ruszał się tylko spał i smutno łypał oczkami. Jak na facecika to był niezmiernie dzielny i znosił wszystko z cierpliwym spokojem. 

Chciałam odmienić trochę losy całego roku więc korzystając z okazji, że zasnął nie na mnie a w łóżeczku poszłam pobiegać. Cel w tym tygodniu: 14km. 

Dziś Tygrys już powoli wraca do siebie. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Podsumowanie tygodnia

Bardzo udany tydzień. Plan zakładał 12km (bardzo ambitnie, wiem), wykonałam z lekką nadwyżką - 12,61km. Korzystając z obecności Taty Tygryska zostawiłam śpiące maleństwo pod jego czujnym okiem (czytaj: obaj spali) i wybrałam się na wczorajsze i dzisiejsze brykanie. W planach miałam wprawdzie fajny urodzinowy bieg w czwartek, ale lało tak, że nie chciałam ryzykować skręcenia kończyny na roztapiającym się śniegolodzie. 
Na razie biegam bez ładu i składu, czyli buduję sobie spokojnie bazę pod bardziej ustrukturyzowany plan wkrótce. 

Wczorajszy poranek przypominał sceny z "Allo, allo". Wróciłam z biegania i zastałam ogólne poruszenie: ksiądz chodzi po kolędzie. OK, przyjdzie to go przyjmiemy, niewzruszona ruszyłam pod prysznic. Otóż, jakże mylne było moje nastawienie. Jego wizyta zaangażowała całą ulicę i nie z powodów duchowych. Rozdzwoniły się telefony. Sąsiadka X dzwoniła z informacją, że godzinę temu dzwoniła do niej sąsiadka Y, że od niej już wyszedł, więc gdzieś się zbliża, ale coś go u nich jeszcze nie ma. Zawieruszył się po drodze. Ale jak tylko od niej wyjdzie to da znać (Orzeł opuścił gniazdo, powtarzam Orzeł opuścił gniazdo). Za chwilę zadzwoniła sąsiadka Z pytając czy już coś wiemy (pewnie trzeba było szpilkę przesunąć na mapie ulicy). Kontrwywiad działa. Mieszkamy na rozwidleniu dróg, więc istniało zagrożenie, że księdza przejmą ci z  sąsiedniej ulicy zanim zdąży wejść do nas a to będzie oznaczało kolejne 2h. Niecierpliwe przedstawicielki tejże ulicy co raz to wychodziły na główną drogę sprawdzając położenie księdza. Tesciufka biegała od okna do okna a my z M patrzyliśmy na wszystko z niedowierzaniem. Taka, wydawałoby się  prosta czynność jak przyjęcie księdza na dosłownie 5 minutowa wizytę urosła tu do rangi operacji szpiegowskiej. 
Ksiądz został przechwycona przy bramce ku zrozpaczeniu przedstawicielstwa sąsiedniej ulicy (tu każdy mieszkaniec musi czekać na księdza przy bramce by go wprowadzić do domu a następnie odprowadzić gdzie przejmuje go sąsiad).
Dziwi mnie trochę to, że księdza trzeba podwozić. Przecież ma własne auto a jest w zasadzie w pracy więc powinien sam się postarać o transport jak to czynią zwykłe żuczki. Akurat na naszej ulicy domy stoją co 50m więc podwożenie nie miałoby sensu, ale już po dojściu do końca ulicy ktoś musi na niego czekać i odwieźć go na plebanię. Znajdującą się 300m (słownie: trzysta metrów) dalej. Niektórych panujących tu zwyczajów chyba nigdy nie zrozumiem i kultywować nie będę. 
Przynajmniej jakaś atrakcja była.
Po bieganiu potraktowałam się jeszcze 45 minutami dynamicznej jogi (DVD).

Wracając do biegania. Dziś zaplanowałam sobie LSD (nie, nie to które niektórzy mają na myśli , czyli Long Slow Distance run (długi powolny bieg). Z moją kondycją długi oznaczał jakieś 5km. Mając do dyspozycji tylko takie nawierzchnie



nie ma szans na jakiekolwiek podbiegi, fartlek czy inne wymysły. Powolne budowanie formy, to chwilowo mój cel. 
Wybrałam się do pobliskiego lasu dla urozmaicenia trasy. Początkowa droga wiodła wzdłuż lasu, wkrótce jednak zniknęła i zastąpiło ja zaśnieżone pole. Łydki mi jeszcze za to podziękują  Stopy bolały mnie jak po godzinnej jeździe na łyżwach. Znowu wpadłam w las, gdzie majaczyło coś na kształt drogi, 


ale i to wkrótce się skończyło. Podążałam szlakiem wytyczonym przez rozgrzebaną przez dziki ziemię. Wolałam się nie zgubić bo to jeszcze nie jest mój las (niby jest mój, ale jeszcze nie znamy się na tyle dobrze bym mogła tak przełajowo po nim biegać, zwłaszcza, że pod śniegiem wszystkie dróżki wyglądają inaczej). 
W końcu trafiłam na ślady płóz. Kulig - znaczy się cywilizacja.


W rzeczy samej ścieżka wkrótce doprowadziła mnie do często uczęszczanej drogi. 

Tofik

Szkoda tylko, że ta cywilizacja wyglądała jak dobrze wypolerowane lodowisko, i nie było mowy o bieganiu.



W sumie zrobiłam 5,3km istnie przełajowego marszobiegu. Bardzo przyjemnie było. 





wtorek, 25 grudnia 2012

Swiatecznie

Nie ma to jak dobry bieg swiateczny. Tygrys zasnal, a ja korzystajac z okazji poszlam na przebiezke. Ponownie powodujac uniesienie nawsiowej brwi: czy ona chora jest? W swieta? Zamiast siedziec za uginajacym sie stolem i ogladac Kevina?
A ja chcialam tylko zrobic miejsce na pieczona ges czekajaca u rodzicow ;)

W ubieglym tygodniu zalozylam sobie taki malutki targecik: 10k. Z tego zrobilam tylko polowe. Nie straszne mi bylo nawet -17. Ale gdy temperatura skoczyla (znaczy opadla) do -23C to sie poddalam. W tym tygodniu 12km.

Wesolych Swiat wszystkim blogaczom. Pomyslnych startow, rozwaznego biegania wolnego od urazow i jak najwiecej przyjemnosci z biegania.

piątek, 7 grudnia 2012

Huhu ha Zima Zła

Nie mogłam się powstrzymać. Z nosa lekko tylko kapało więc skorzystałam z okazji pobytu u Babci Tygryska (znowu) i poszłam pobiegać  Las był po prostu cudny. Śnieg wygłuszył wszelkie odgłosy i cisza wręcz dzwoniła w uszach. Przerywał go tylko chrzęst moich kroków na zmarzniętym śniegu. Tylko ja, para saren i stadko dzików. Nie, nie udało mi się ich spotkać naocznie (uff), ale musiały być tam krótko przede mną bo wszędzie widać było świeżo rozkopane liście. Niedaleko myśliwi mają swoje pole na którym zazwyczaj uprawiają kukurydze a zimą dokarmiają zwierzęta, więc dziki lubią przebywać w tej okolicy. 

Zrobiłam 3,8km spacerowym tempem 6'00"-6'20"











wtorek, 4 grudnia 2012

Przeziębiona

Chorujemy. Cała trójka. Tygrys znosi to mężnie. Sam sięga po Fridę i wkłada do nosa. Tata Tygryska znosi to jak typowy facet (czytaj: jest obłożnie chory), a ja próbuje się kurować naturalnymi sposobami. W weekend kolejny zjazd, a ciągle karmię, więc żadne farmaceutyki nie wchodzą w grę. A zatem objadłam się czosnkiem, zrobiłam inhalacje z ziółek, wypiłam napar z dzikiej maliny, lipy, babki lancetowatej i mięty z cytryną. Jeszcze tylko wymoczyć nogi w gorącej wodzie z dodatkiem soli Epsom i do łózia. 
Napadało śniegu aż strach wybrać się na przebieżkę w obawie przed połamaniem nóg. No chyba że przyczepiłabym raki do butów. Zapewne vibramki będą miały lepszą przyczepność niż zwykłe butki ale nie mam jeszcze palczastych skarpetek, więc nie będę ryzykować większego przeziębienia. 


Aż trudno uwierzyć, ze te dwa wpisy dzieli tylko kilka dni. Na dodatek Tygrys ząbkuje - 8 na raz. 
Aby poprawić mu humor zrobiłam mu kilka bałwanków.



I jeszcze kilka fotek tej pięknej zimy






piątek, 30 listopada 2012

Pobiegałam

To był całkiem dobry tydzień. Zamknął się w 9km i jednym pobycie na basenie. Kolanka w miarę spokojnie, Achilles tez cicho siedzi. A może doktorek jednak się pomylił to pół maratonku mi nie zaszkodzi?

Spędziliśmy z Tygryskiem 2 dni u Babci, zabrałam trampeczki i poszłam do Zapowiednika  pobrykać. Cóż. Ścieżki, które pamiętałam sprzed wyjazdu do Londynu zdążył już porosnąć całkiem niezły las. Podczas przedzierania się przez zarośla w poszukiwaniu drogi udało mi się  znaleźć obiadek.



Obiadek


Wybory, wybory, w która stronę pobiec?






wtorek, 27 listopada 2012

Skorka z kota potrzebna od zaraz


Bylam u ortopedy. Bede zyc. Kolanka tez. Ogolne przeciazenie spowodowane ciaza, porodem, zwiekszeniem masy ciala (wzdycha) i tym nieszczesnym stepperem (oby mu sie sprezynki poprostowaly). Intensywna kuracja glokazaminowo-kolagenowa, regularny ruch (najlepiej maloobciazeniowy typu rowerek stacjonarny, basen) i kot. W zasdzie moglby byc wielblad ale trudno go znalezc rozjechanegona naszych drogach. O kota szybciej. Jako ze karmie i nie moge brac zadnych powaznych specyfikow doktorek zalecil oklady z kota (nie mylic z Scotta). Cos o jonizujacych/magnetyzujacych wlasciwosciach czy jakos tak. Za duzo madrych nazw jak na moj zgumisiowany mozg (czy to kiedys mija?). 
Kota mam, ale trudno go zmusic do lezenia na kolanach przez cala noc. A w ubieglym tygodniu byla plaska wersja kotka na ulicy przed domem. Trzeba bylo oddac do wyprawienia. 
Najwazniejsze, ze nie ma powaznych zmian i ze nie zakazal biegania. Nawet zalecil regularne delikatne rozbieganie. Nestety na pytanie czy przygotowanie do marcowego polmaratonu bedzie popadalo w kategorie takiego rozbiegania tylko uniosl brew w niedowierzaniu. No wiec nie bedzie polmaratonu. Bedzie za to delikatne budowanie formy i moze za rok... Zalezy jak sie kolanka beda zachowywaly przez zime. Jezeli na wiosne nie bedzie poprawy to wtedy przyjrzymy sie blizej tkance lacznej. One juz bola mniej i bardziej sporadycznie. Chrzeszcza i zgrzytaja przy wchodzeniu po schodach, ale wyczuwam ogolna poprawe. W czwartek to juz po calosci pojechaly (wiedzialy chyba ze do doktorka idziemy) i nie bolaly wcale. I jak ja mam obiektywnie powiedziec czy boli mnie jak doktorek wykreca kolanko w te i w tamta? No kurka wodna akurat nie boli. 

Wczoraj zrobiłam delikatne 2k. Bardzo klimatycznie było. Ciemno (bo dwie drogi są nieoswietlone i prowadza kolo cmentarza), z unoszaca się mgła co dawało widoczność na 50m a nad warstwa mgły świecie sobie księżyc. 

Podobno to nie  bieganie przyprawia mnie o kontuzje ale ja sama i niewłaściwy sposób w jaki biegam. Bardzo możliwe. Czytam teraz "Chirunning" może nauczę się czegoś co mi pomoże . 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nareszcie...

... Ortopeda zamówiony na czwartek. Nie mogę się doczekać, bo nosi mnie po ścianach z braku biegania. Ostatnimi czasy kolanka zachowują się w miarę poprawnie pobolewając tylko umiarkowanie. W ubiegłym tygodniu udało mi się nawet wyrwać na 3 2km przebieżki i siedziały cichutko. Mam tylko nadzieję, że dostanę zielone światło na dalsze bieganie, bo Hania kusi Półmaratonem Warszawskim i mam szczerą ochotę ulec. 
Półmaraton to taki fajny dystans. Daje popalić, ale nie wymęcza, a satysfakcja z ukończenia ogromna. Bawię się myślą o maratonie we wrześniu (znajomy namawia). Z maratonem jest tak, że przeraża, ale wystarczy przebiec go raz i człowiek jest stracony. Oczywiście przez pierwsze dni po obiecuję sobie, że już nigdy więcej, ale gdy tylko mija obolałość zaczyna się tęsknota za tym czymś. 
A chwilowo czuję tęsknotę za porządnym masażem tajskim, bo od targania Tygrysa bolą mnie barki, plecy i ramiona. Chyba wybiorę się następnym razem gdy będę miała zjazd.

poniedziałek, 29 października 2012

Październikowo

Tygrys poszedł drzemkować więc nagle okazało się, że mam trochę wolnego czasu i mogę go spędzić mniej produktywnie bo:
a) jesteśmy u babci i nie trzeba gotować
b) w zasadzie Dziadek Tygryska wędzi kiełbaski, więc tym bardziej nie trzeba gotować
c) nie trzeba syzyfowo układać zabawek Tygrysa na miejsce bo jesteśmy u Babci i Tygrys ma tu tylko cząstkę rzeczy, które można rozrzucać wokół siebie a najlepiej na najczęściej uczęszczane trasy przelotowe.

Październik okazał się bardzo pracowitym miesiącem, bo po pierwsze primo okazało się, że Uniwersytet Warszawski postanowił przyjąć mnie w poczet swoich studentów (i co z tego, skoro zniżka na pociągi już mi nie przysługuje?), dzięki czemu co dwa tygodnie zostawiam Tygryska pod opieką Taty/Dziadków i pędzę do stolycy. Niestety efekt tzw "baby brain", czyli pociążowego Haribo zamiast mózgu jeszcze nie ustąpił i na pierwszy zjazd wybrałam się na 8,30. Wyglądało to tak:
3am pobudka, nakarmić Tygryska, złapać busa do Wawy. W Wawie okazuje się, że bus nie jedzie pod Pałac tylko pod Politechnikę, więc pan kierowca wyrzucił mnie na Wiatracznej. 
6,30am kioski są pozamykane a ja nie mam drobnych by kupić bilet w tramwaju więc delikatny spacerek na ul. Dobrą (1h). Nawet fajnie było obserwować jak zaspane miasto powoli budzi się do życia, czasem przemknął obok jakiś truchtacz, ale oprócz tego pustki. Park Skaryszewski  aż zapraszał do tego, by wejść i pobiegać jego alejkami. 
Po dotarciu na miejsce przywitały mnie ... też pustki, co wydało się co najmniej dziwne jako że zajęcia powinny były zacząć się za pół godziny. Okazało się, że źle odczytałam plan (na szczęście nie byłam jedyna) i zajęcia rozpoczynają się o 10.15. Czyli:
a) mogłam dłużej pospać
b) nie mam co z sobą zrobić

W związku z powyższym b) poszłam do Empiku i wyszłam z całym naręczem książeczek dla Tygryska, który obecnie jest fascynatem wszystkiego co ma kartki. Zwłaszcza jeżeli są tam wszelakie brumrumy i tatataty (czytaj: autka i traktory). Rośnie młody rolnik, chociaż po fascynacji kontaktami może też być elektrykiem, klawiaturą i jednostką centralną komputera - informatykiem, zbieractwem śmiecia różnego zapomnianego w zakamarkach foteli - archeologiem i pewnie jeszcze kilka możliwych zawodów by się znalazło.
Zajęcia skończylismy o 7 wieczorem. Baaardzo długi dzień. 

W przerwach pomiędzy odciąganiem Tygrysa od kabli i ślęczenia nad tłumaczeniami dwukrotnie udało mi się wybrać na bardzo delikatne rozbieganie. Kolanka ostatnio nieco przycichły (wciąż czekam na wizytę u pana ortopedy, który to pan jest nieosiągalny rejestracyjnie, a o specjalistów w naszej zapadłej   kochanej dziurze trudno). W międzyczasie doświetliłam radioaktywnie lewe kolanko i wyszło, że żadnych zmian w nim nie ma (to ciekawe czemu boli bardziej niż prawe). Oszczędzam je jak mogę, łykam glukozaminę.

Po drodze, czyli tydzień temu Tygrysiątko skończyło roczek. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, bo przecież dopiero co był taki tyci tyciuni, 2 kilo i 44cm kudłatego szczęścia tu już prawie dorosły. Ani się obejrzymy a będzie podbierał kluczyki do wozu ojcowego (chociaż widząc co się obecnie dzieje to pierwsze autko wypadnie chrzestnym na Komunie mu sprawić, aby nie odstawał od kolegów klasowych). Tygrys raczkuje z prędkością ponad dźwiękowo, powoli zbliżając się do prędkości światła. Obecnie udoskonala technikę poruszania się w pionie z garścią pełną chrupek co wymaga momentów samodzielnego stania bez podtrzymywania łapkami (jeżeli do wyboru mamy tylko dwie opcje: uratować pożywienie lub upaść to odpowiedź jest raczej oczywista).
Ostatnio dostrzegł chrupka zagubionego/zachomikowanego na później pod krzesełkiem, więc rzucił się na niego szczupakiem pospolitym


Urodzinki minęły szybko i bezboleśnie. Tygrysowi w zasadzie fakt, że jest o rok starszy nie zrobił żadnej różnicy (no tak, facet), świeczkę zamiast dmuchać próbował gasić łapką, pobrumał na tort (który lepiłam dwa dni) i przeszedł nad wszystkim do porządku dziennego.


Wczoraj zaliczyłam kolejny zjazd. Fajnie było patrzeć jak miasto pokrywa się pierzynką białego puchu. Nagle wydało się takie czyste i bajkowe. Gałęzie uginały się pod ciężarem mokrego śniegu. Wprawdzie nie był to widok, jakiego oczekiwałabym od października (co się stało z piękną złotą jesienią?), ale na chwilę było fajnie.

W drodze na zajęcia

Wracając z zajęć

A dziś chyba będziemy robić karmnik dla ptaków bo za oknem dostrzegłam fajnego dzięcioła. Na pewno spodoba się Tygrysowi.

Jak śnieg się stopi to spróbuje znowu potruchtać. Może kolanka nie będą miały nic przeciwko. W międzyczasie próbuję trochę wzmocnić mięśnie nóg, biodra i resztę aby lepiej je podtrzymywały. Jeżeli macie jakieś ćwiczenia wyjątkowo dobre w tym przypadku to będę wdzięczna za podpowiedzi.

środa, 5 września 2012

Kolanko c.d.

Odebrałam opis rtg prawego kolanka: 

"W stawie kolanowym prawym stwierdza się niewielką asymetrię szpary stawowej oraz subluksację rzepki"

No i niech mi ktoś powie co to oznacza, bo doktor google o dziwo wylewny nie był (od postępującego zwyrodnienia stawów po koślawienie) a ja wiem tylko tyle, że boli i skrzypi. Pani doktor rodzinna stwierdziła, że skoro bolą oba to wystarczy mi prześwietlenie jednego bo to i tak to samo i zaleciła glukozaminę. Lewe kolanko chyba poczuło się gorsze, że odmawiam mu chwili w błysku fleszy (lub promieni X) i zaczęło boleć intensywniej i w trochę inny sposób. Chyba wybiorę się dziś do niej po skierowanie na prześwietlenie lewego. Może je udobrucham troszeczkę?

Kolanka bolą przy kucaniu/wstawaniu, przy dłuższym siedzeniu bez ruchu, np w trackcie 2h podróży busem do Wawy. A jak egzaminki poszły dobrze to taka przyjemność czeka mnie  co 2 tygodnie przez najbliższe 3 lata więc należałoby coś z tym zrobić. 

W międzyczasie czekam na wizytę u ponoć Dobrego Pana Ortopedy. wiadomo, jak dobry to trzeba się naczekać.

Nie wiem czy mogę sobie truchtać, czy też obciążę je jeszcze bardziej i tak tkwię w zawieszeniu. Chwilowo (znaczy od jakiegoś miesiąca) ząbkujemy: Tygrys i ja (tata Tygrysa nie ząbkuje bo ma taki sen że nic go nie złamie). Dzieć ćwiczy arie operowe po nocach i ani myśli spać dłużej niż w 1,5 godzinnych odcinkach. W efekcie snuję się w dzień jak zjawa i ani mi w głowie intesywniejsze hasanka. Łazimy za to na długie spacerki. Więc ruchowo chociaż tyle. Tygrys jest już szczęśliwym posiadaczem trójeczki zęboli, więc pocieszam się myślą, że jeszcze tylko 17 i będziemy mogli spokojnie pospać. 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Time out

Olimpiada niestety zostaje zawieszona na czas choroby Tygryska. Wirus paskudny go zmógł. W piątek wieczorem wylądowaliśmy na izbie przyjęć, Tygrys z temperaturą 40.5C. Natknęliśmy się na najbardziej gburowata pani doktor pod słońcem. Zbadała Tygryska jak worek z kartoflami, z zacięta miną i bez słowa wypisała receptę i już, nawet nie podała mu nic na zbicie temperatury. Musiałam się dopytywać co mu jest ("no przeziębiony przecież, nie?"), jak brac leki ("to tak, ten tak, a tamten owak, zapamięta?"). Ogólnie pani sprawiała wrażenie, że bardzo jej przeszkadzamy a ja wyszłam na wyrodną matkę bo dopuściłam do gorączki maleństwa. Wyszliśmy z receptą na antybiotyk i ogromnym niesmakiem pozostawionym przez panią D. Jak powiedział Zaprzyjaźniony Pediatra "Ogólnie fajnie się nam pracuje tylko czasem pacjenci nam przeszkadzają".

Postanowiłam zignorować zalecenia pani Szarlatan i nie podawać Młodemu antybiotyku. Zadzwoniliśmy po Zaprzyjaźnionego Pediatrę, który niestety był za daleko i mógł dotrzeć dopiero w niedzielę po południu. Okazuje się, że nie przeziębiebie a wirusówka i po antybiotyku nie nadążałabym z wymianą pieluch. 

Tygrys przypomina misia koala, uwieszony na szyji cały dzień, przytulony w nocy. Bidulek. Czekamy aż paskudztwo sobie pójdzie. 

poniedziałek, 30 lipca 2012

Olympics Day 3 33.30km/204km


Powiało Kenją wczoraj. Termometrowi który wisiał na słońcu kończyła się skala więc nie była to najlepsza pogoda na bieganie. Tygrys był dość niespokojny, czemu się nie dziwię, bo w domu piekarnik więc poszliśmy na energiczny spacerek. 
Ale za to wieczorem... Gdybym kanapowała, jak to wieczorami miewam w zwyczaju ominęło by mnie znowu piękne widowisko. Nadchodząca burza rozświetlała ciemniejące niebo niesamowitym spektaklem piorunów co jakiś czas mrucząc sobie groźnie. Pieknie


A dziś od rana delikatny deszczyk oczyszczający powietrze. Idealne warunki na przebieżkę. Niestety pokrowiec do joggera nadal tkwi w niezbadanych czeluściach nierozpakowanych pudeł, więc musiałam wybierać: albo siedzenie w domu albo spacerek. Wybrałam to drugie oczywiście. Bardzo energiczny spacerek spieszę dodać, z wielkim parasolem więc jak nic trening siłowy też był. Byłoby bardzo przyjemnie gdyby nie towarzystwo ślepaków (bąki takie, jak ugryzą to boli i piecze). Początkowo zdarzał sie jeden - dwa krążące nad głową. Ale im bardziej w łąki tym większe towarzystwo. Wkrótce pół reprezentacji narodowej latało pod moim parasolem i pchało się do oczu i ust. W końcu zaopatrzyłam się w Uniwersalną Odganiaczkę Upierdliwych Stworzeń Latających i dały nam spokój. 

uniwersalna odganiaczka upierdliwych stworzeń latających 

sobota, 28 lipca 2012

13.98 / 204


No to zaczynamy. Upał dziś i pogoda całkiem nie biegowa. Zabrałam Tygrysa do lasu w nadzieji, że znajdziemy tam trochę cienia. Nie znaleźliśmy o czym przekonałam sie po powrocie do domu.


W lesie ścieżek i ścieżeczek pełno, aż się proszą by nimi pobiec. Niestety strach przed boreliozą wiekszy. Gdybym była sama to pewnie bym się skusiła, ale nie będę narażać Tygrysa.


Świerszcze krzyczące na polach po skoszonych zbożach
Sarny skubiące leniwie trawę pod drzewami
Mgła unosząca się nad łąkami
Księżyc wiszący nad kapliczką na cmentarzu

Takie obrazki ominełyby mnie gdybym nie poszła biegac dziś wieczorem. A mało brakowało bym nie poszła. Zwłaszcza, że Tygrys nie dał mi pospać ubiegłej nocy i lunatykował uprawiając przez sen wspinaczkę wysokoszczebelkową. Ale słowo się rzekło i pobiec należało. 


Olimpiadę czas zacząć

Prawie 2 w nocy, ale warto było zarwać noc, nawet ze świadomością, że Tygrys obudzi mnie skoro świt. Danny Boyle to geniusz. Wyczarował dziś prawdziwie magiczny spektakl. Pierwszy raz oglądałam otwarcie Igrzysk do końca, z ciekawością i zachwytem. A moment zapalenia Znicza przyprawił mnie o gęsią skórkę i łzy w oczach. 

żródło


Nigdy nie będę lekkoatletką z prawdziwego zdarzenia, ani nie wezmę udziału w tak wielkim wydarzeniu, ale mogę urządzić moje własne Igrzyska. Postanowiłam w ciągu tych 16 dni trwania Olimpiady przebiec 204 km - po kilometrze na każdą muszlę Znicza, reprezentującą wszystkie uczestniczące kraje. 

Współuczestnicy mile widziani

środa, 25 lipca 2012

3 x 5

Uwielbiam mojego baby joggera. To nie do wiary ile wolności dają takie trzy kółka. Jak inaczej udałoby mi sie wcisnąć trochę biegania w napięty grafik? Zwłaszcza, że Tata Tygryska zaczyna nową pracę od pierwszego. A tak, wskakuje w dresik, Tygrysa w pasy i ruszamy w trasę.

W związku z dalszym remontem kuchni i lekkimi hałasami musieliśmy usunąć się z domu na kilka godzin tak by Potomek mógł podrzemać w sprzyjających warunkach. Postanowiliśmy odwiedzić Dziadka i Prababcię Tygryska. Ale pędząc tak polną drogą stwierdziliśmy (znaczy ja, bo Tygrys sobie pochrapkiwał), że może odwiedzilibyśmy Kuzynkę Tygryska. Wizja jawiła się wyjątkowo kusząco bo na śniadanie zdążyłam złapać tylko dwie kostki bardzo gorzkiej czekolady a Babcia Kuzynki Tygryska znana jest z przepysznej kuchni. I tak poszło pierwsze 5,5km.

Na sniadanko dostalismy flaczki z plackami na sodzie, świeżo pieczony chlebek z ziarnami ze smalczykiem i skwareczkami i kołacz drożdżowy ze świezym miodkiem. Niecodzinne zestawienie, ale Mniam. Pokrzepieni na ciele (Tygrys dostał kaszunie) popędziliśmy do Dziadka i Prababci - 5,3km.

Tu dostalismy obiadek (no dobra, znowu ja) młode ziemniaczki z ogórkowym chłodniczkiem i duszoną wątróbką, pobuszowałam po ogrodzie i pognalismy do domku - 5km.

Tygrysek spi snem sprawiedliwego a ja relaksuję sie przy kubku waniliowego roiboosa z poczuciem dobrze przebiegniętego dnia.