piątek, 7 grudnia 2012

Huhu ha Zima Zła

Nie mogłam się powstrzymać. Z nosa lekko tylko kapało więc skorzystałam z okazji pobytu u Babci Tygryska (znowu) i poszłam pobiegać  Las był po prostu cudny. Śnieg wygłuszył wszelkie odgłosy i cisza wręcz dzwoniła w uszach. Przerywał go tylko chrzęst moich kroków na zmarzniętym śniegu. Tylko ja, para saren i stadko dzików. Nie, nie udało mi się ich spotkać naocznie (uff), ale musiały być tam krótko przede mną bo wszędzie widać było świeżo rozkopane liście. Niedaleko myśliwi mają swoje pole na którym zazwyczaj uprawiają kukurydze a zimą dokarmiają zwierzęta, więc dziki lubią przebywać w tej okolicy. 

Zrobiłam 3,8km spacerowym tempem 6'00"-6'20"











wtorek, 4 grudnia 2012

Przeziębiona

Chorujemy. Cała trójka. Tygrys znosi to mężnie. Sam sięga po Fridę i wkłada do nosa. Tata Tygryska znosi to jak typowy facet (czytaj: jest obłożnie chory), a ja próbuje się kurować naturalnymi sposobami. W weekend kolejny zjazd, a ciągle karmię, więc żadne farmaceutyki nie wchodzą w grę. A zatem objadłam się czosnkiem, zrobiłam inhalacje z ziółek, wypiłam napar z dzikiej maliny, lipy, babki lancetowatej i mięty z cytryną. Jeszcze tylko wymoczyć nogi w gorącej wodzie z dodatkiem soli Epsom i do łózia. 
Napadało śniegu aż strach wybrać się na przebieżkę w obawie przed połamaniem nóg. No chyba że przyczepiłabym raki do butów. Zapewne vibramki będą miały lepszą przyczepność niż zwykłe butki ale nie mam jeszcze palczastych skarpetek, więc nie będę ryzykować większego przeziębienia. 


Aż trudno uwierzyć, ze te dwa wpisy dzieli tylko kilka dni. Na dodatek Tygrys ząbkuje - 8 na raz. 
Aby poprawić mu humor zrobiłam mu kilka bałwanków.



I jeszcze kilka fotek tej pięknej zimy






piątek, 30 listopada 2012

Pobiegałam

To był całkiem dobry tydzień. Zamknął się w 9km i jednym pobycie na basenie. Kolanka w miarę spokojnie, Achilles tez cicho siedzi. A może doktorek jednak się pomylił to pół maratonku mi nie zaszkodzi?

Spędziliśmy z Tygryskiem 2 dni u Babci, zabrałam trampeczki i poszłam do Zapowiednika  pobrykać. Cóż. Ścieżki, które pamiętałam sprzed wyjazdu do Londynu zdążył już porosnąć całkiem niezły las. Podczas przedzierania się przez zarośla w poszukiwaniu drogi udało mi się  znaleźć obiadek.



Obiadek


Wybory, wybory, w która stronę pobiec?






wtorek, 27 listopada 2012

Skorka z kota potrzebna od zaraz


Bylam u ortopedy. Bede zyc. Kolanka tez. Ogolne przeciazenie spowodowane ciaza, porodem, zwiekszeniem masy ciala (wzdycha) i tym nieszczesnym stepperem (oby mu sie sprezynki poprostowaly). Intensywna kuracja glokazaminowo-kolagenowa, regularny ruch (najlepiej maloobciazeniowy typu rowerek stacjonarny, basen) i kot. W zasdzie moglby byc wielblad ale trudno go znalezc rozjechanegona naszych drogach. O kota szybciej. Jako ze karmie i nie moge brac zadnych powaznych specyfikow doktorek zalecil oklady z kota (nie mylic z Scotta). Cos o jonizujacych/magnetyzujacych wlasciwosciach czy jakos tak. Za duzo madrych nazw jak na moj zgumisiowany mozg (czy to kiedys mija?). 
Kota mam, ale trudno go zmusic do lezenia na kolanach przez cala noc. A w ubieglym tygodniu byla plaska wersja kotka na ulicy przed domem. Trzeba bylo oddac do wyprawienia. 
Najwazniejsze, ze nie ma powaznych zmian i ze nie zakazal biegania. Nawet zalecil regularne delikatne rozbieganie. Nestety na pytanie czy przygotowanie do marcowego polmaratonu bedzie popadalo w kategorie takiego rozbiegania tylko uniosl brew w niedowierzaniu. No wiec nie bedzie polmaratonu. Bedzie za to delikatne budowanie formy i moze za rok... Zalezy jak sie kolanka beda zachowywaly przez zime. Jezeli na wiosne nie bedzie poprawy to wtedy przyjrzymy sie blizej tkance lacznej. One juz bola mniej i bardziej sporadycznie. Chrzeszcza i zgrzytaja przy wchodzeniu po schodach, ale wyczuwam ogolna poprawe. W czwartek to juz po calosci pojechaly (wiedzialy chyba ze do doktorka idziemy) i nie bolaly wcale. I jak ja mam obiektywnie powiedziec czy boli mnie jak doktorek wykreca kolanko w te i w tamta? No kurka wodna akurat nie boli. 

Wczoraj zrobiłam delikatne 2k. Bardzo klimatycznie było. Ciemno (bo dwie drogi są nieoswietlone i prowadza kolo cmentarza), z unoszaca się mgła co dawało widoczność na 50m a nad warstwa mgły świecie sobie księżyc. 

Podobno to nie  bieganie przyprawia mnie o kontuzje ale ja sama i niewłaściwy sposób w jaki biegam. Bardzo możliwe. Czytam teraz "Chirunning" może nauczę się czegoś co mi pomoże . 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nareszcie...

... Ortopeda zamówiony na czwartek. Nie mogę się doczekać, bo nosi mnie po ścianach z braku biegania. Ostatnimi czasy kolanka zachowują się w miarę poprawnie pobolewając tylko umiarkowanie. W ubiegłym tygodniu udało mi się nawet wyrwać na 3 2km przebieżki i siedziały cichutko. Mam tylko nadzieję, że dostanę zielone światło na dalsze bieganie, bo Hania kusi Półmaratonem Warszawskim i mam szczerą ochotę ulec. 
Półmaraton to taki fajny dystans. Daje popalić, ale nie wymęcza, a satysfakcja z ukończenia ogromna. Bawię się myślą o maratonie we wrześniu (znajomy namawia). Z maratonem jest tak, że przeraża, ale wystarczy przebiec go raz i człowiek jest stracony. Oczywiście przez pierwsze dni po obiecuję sobie, że już nigdy więcej, ale gdy tylko mija obolałość zaczyna się tęsknota za tym czymś. 
A chwilowo czuję tęsknotę za porządnym masażem tajskim, bo od targania Tygrysa bolą mnie barki, plecy i ramiona. Chyba wybiorę się następnym razem gdy będę miała zjazd.

poniedziałek, 29 października 2012

Październikowo

Tygrys poszedł drzemkować więc nagle okazało się, że mam trochę wolnego czasu i mogę go spędzić mniej produktywnie bo:
a) jesteśmy u babci i nie trzeba gotować
b) w zasadzie Dziadek Tygryska wędzi kiełbaski, więc tym bardziej nie trzeba gotować
c) nie trzeba syzyfowo układać zabawek Tygrysa na miejsce bo jesteśmy u Babci i Tygrys ma tu tylko cząstkę rzeczy, które można rozrzucać wokół siebie a najlepiej na najczęściej uczęszczane trasy przelotowe.

Październik okazał się bardzo pracowitym miesiącem, bo po pierwsze primo okazało się, że Uniwersytet Warszawski postanowił przyjąć mnie w poczet swoich studentów (i co z tego, skoro zniżka na pociągi już mi nie przysługuje?), dzięki czemu co dwa tygodnie zostawiam Tygryska pod opieką Taty/Dziadków i pędzę do stolycy. Niestety efekt tzw "baby brain", czyli pociążowego Haribo zamiast mózgu jeszcze nie ustąpił i na pierwszy zjazd wybrałam się na 8,30. Wyglądało to tak:
3am pobudka, nakarmić Tygryska, złapać busa do Wawy. W Wawie okazuje się, że bus nie jedzie pod Pałac tylko pod Politechnikę, więc pan kierowca wyrzucił mnie na Wiatracznej. 
6,30am kioski są pozamykane a ja nie mam drobnych by kupić bilet w tramwaju więc delikatny spacerek na ul. Dobrą (1h). Nawet fajnie było obserwować jak zaspane miasto powoli budzi się do życia, czasem przemknął obok jakiś truchtacz, ale oprócz tego pustki. Park Skaryszewski  aż zapraszał do tego, by wejść i pobiegać jego alejkami. 
Po dotarciu na miejsce przywitały mnie ... też pustki, co wydało się co najmniej dziwne jako że zajęcia powinny były zacząć się za pół godziny. Okazało się, że źle odczytałam plan (na szczęście nie byłam jedyna) i zajęcia rozpoczynają się o 10.15. Czyli:
a) mogłam dłużej pospać
b) nie mam co z sobą zrobić

W związku z powyższym b) poszłam do Empiku i wyszłam z całym naręczem książeczek dla Tygryska, który obecnie jest fascynatem wszystkiego co ma kartki. Zwłaszcza jeżeli są tam wszelakie brumrumy i tatataty (czytaj: autka i traktory). Rośnie młody rolnik, chociaż po fascynacji kontaktami może też być elektrykiem, klawiaturą i jednostką centralną komputera - informatykiem, zbieractwem śmiecia różnego zapomnianego w zakamarkach foteli - archeologiem i pewnie jeszcze kilka możliwych zawodów by się znalazło.
Zajęcia skończylismy o 7 wieczorem. Baaardzo długi dzień. 

W przerwach pomiędzy odciąganiem Tygrysa od kabli i ślęczenia nad tłumaczeniami dwukrotnie udało mi się wybrać na bardzo delikatne rozbieganie. Kolanka ostatnio nieco przycichły (wciąż czekam na wizytę u pana ortopedy, który to pan jest nieosiągalny rejestracyjnie, a o specjalistów w naszej zapadłej   kochanej dziurze trudno). W międzyczasie doświetliłam radioaktywnie lewe kolanko i wyszło, że żadnych zmian w nim nie ma (to ciekawe czemu boli bardziej niż prawe). Oszczędzam je jak mogę, łykam glukozaminę.

Po drodze, czyli tydzień temu Tygrysiątko skończyło roczek. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, bo przecież dopiero co był taki tyci tyciuni, 2 kilo i 44cm kudłatego szczęścia tu już prawie dorosły. Ani się obejrzymy a będzie podbierał kluczyki do wozu ojcowego (chociaż widząc co się obecnie dzieje to pierwsze autko wypadnie chrzestnym na Komunie mu sprawić, aby nie odstawał od kolegów klasowych). Tygrys raczkuje z prędkością ponad dźwiękowo, powoli zbliżając się do prędkości światła. Obecnie udoskonala technikę poruszania się w pionie z garścią pełną chrupek co wymaga momentów samodzielnego stania bez podtrzymywania łapkami (jeżeli do wyboru mamy tylko dwie opcje: uratować pożywienie lub upaść to odpowiedź jest raczej oczywista).
Ostatnio dostrzegł chrupka zagubionego/zachomikowanego na później pod krzesełkiem, więc rzucił się na niego szczupakiem pospolitym


Urodzinki minęły szybko i bezboleśnie. Tygrysowi w zasadzie fakt, że jest o rok starszy nie zrobił żadnej różnicy (no tak, facet), świeczkę zamiast dmuchać próbował gasić łapką, pobrumał na tort (który lepiłam dwa dni) i przeszedł nad wszystkim do porządku dziennego.


Wczoraj zaliczyłam kolejny zjazd. Fajnie było patrzeć jak miasto pokrywa się pierzynką białego puchu. Nagle wydało się takie czyste i bajkowe. Gałęzie uginały się pod ciężarem mokrego śniegu. Wprawdzie nie był to widok, jakiego oczekiwałabym od października (co się stało z piękną złotą jesienią?), ale na chwilę było fajnie.

W drodze na zajęcia

Wracając z zajęć

A dziś chyba będziemy robić karmnik dla ptaków bo za oknem dostrzegłam fajnego dzięcioła. Na pewno spodoba się Tygrysowi.

Jak śnieg się stopi to spróbuje znowu potruchtać. Może kolanka nie będą miały nic przeciwko. W międzyczasie próbuję trochę wzmocnić mięśnie nóg, biodra i resztę aby lepiej je podtrzymywały. Jeżeli macie jakieś ćwiczenia wyjątkowo dobre w tym przypadku to będę wdzięczna za podpowiedzi.

środa, 5 września 2012

Kolanko c.d.

Odebrałam opis rtg prawego kolanka: 

"W stawie kolanowym prawym stwierdza się niewielką asymetrię szpary stawowej oraz subluksację rzepki"

No i niech mi ktoś powie co to oznacza, bo doktor google o dziwo wylewny nie był (od postępującego zwyrodnienia stawów po koślawienie) a ja wiem tylko tyle, że boli i skrzypi. Pani doktor rodzinna stwierdziła, że skoro bolą oba to wystarczy mi prześwietlenie jednego bo to i tak to samo i zaleciła glukozaminę. Lewe kolanko chyba poczuło się gorsze, że odmawiam mu chwili w błysku fleszy (lub promieni X) i zaczęło boleć intensywniej i w trochę inny sposób. Chyba wybiorę się dziś do niej po skierowanie na prześwietlenie lewego. Może je udobrucham troszeczkę?

Kolanka bolą przy kucaniu/wstawaniu, przy dłuższym siedzeniu bez ruchu, np w trackcie 2h podróży busem do Wawy. A jak egzaminki poszły dobrze to taka przyjemność czeka mnie  co 2 tygodnie przez najbliższe 3 lata więc należałoby coś z tym zrobić. 

W międzyczasie czekam na wizytę u ponoć Dobrego Pana Ortopedy. wiadomo, jak dobry to trzeba się naczekać.

Nie wiem czy mogę sobie truchtać, czy też obciążę je jeszcze bardziej i tak tkwię w zawieszeniu. Chwilowo (znaczy od jakiegoś miesiąca) ząbkujemy: Tygrys i ja (tata Tygrysa nie ząbkuje bo ma taki sen że nic go nie złamie). Dzieć ćwiczy arie operowe po nocach i ani myśli spać dłużej niż w 1,5 godzinnych odcinkach. W efekcie snuję się w dzień jak zjawa i ani mi w głowie intesywniejsze hasanka. Łazimy za to na długie spacerki. Więc ruchowo chociaż tyle. Tygrys jest już szczęśliwym posiadaczem trójeczki zęboli, więc pocieszam się myślą, że jeszcze tylko 17 i będziemy mogli spokojnie pospać. 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Time out

Olimpiada niestety zostaje zawieszona na czas choroby Tygryska. Wirus paskudny go zmógł. W piątek wieczorem wylądowaliśmy na izbie przyjęć, Tygrys z temperaturą 40.5C. Natknęliśmy się na najbardziej gburowata pani doktor pod słońcem. Zbadała Tygryska jak worek z kartoflami, z zacięta miną i bez słowa wypisała receptę i już, nawet nie podała mu nic na zbicie temperatury. Musiałam się dopytywać co mu jest ("no przeziębiony przecież, nie?"), jak brac leki ("to tak, ten tak, a tamten owak, zapamięta?"). Ogólnie pani sprawiała wrażenie, że bardzo jej przeszkadzamy a ja wyszłam na wyrodną matkę bo dopuściłam do gorączki maleństwa. Wyszliśmy z receptą na antybiotyk i ogromnym niesmakiem pozostawionym przez panią D. Jak powiedział Zaprzyjaźniony Pediatra "Ogólnie fajnie się nam pracuje tylko czasem pacjenci nam przeszkadzają".

Postanowiłam zignorować zalecenia pani Szarlatan i nie podawać Młodemu antybiotyku. Zadzwoniliśmy po Zaprzyjaźnionego Pediatrę, który niestety był za daleko i mógł dotrzeć dopiero w niedzielę po południu. Okazuje się, że nie przeziębiebie a wirusówka i po antybiotyku nie nadążałabym z wymianą pieluch. 

Tygrys przypomina misia koala, uwieszony na szyji cały dzień, przytulony w nocy. Bidulek. Czekamy aż paskudztwo sobie pójdzie. 

poniedziałek, 30 lipca 2012

Olympics Day 3 33.30km/204km


Powiało Kenją wczoraj. Termometrowi który wisiał na słońcu kończyła się skala więc nie była to najlepsza pogoda na bieganie. Tygrys był dość niespokojny, czemu się nie dziwię, bo w domu piekarnik więc poszliśmy na energiczny spacerek. 
Ale za to wieczorem... Gdybym kanapowała, jak to wieczorami miewam w zwyczaju ominęło by mnie znowu piękne widowisko. Nadchodząca burza rozświetlała ciemniejące niebo niesamowitym spektaklem piorunów co jakiś czas mrucząc sobie groźnie. Pieknie


A dziś od rana delikatny deszczyk oczyszczający powietrze. Idealne warunki na przebieżkę. Niestety pokrowiec do joggera nadal tkwi w niezbadanych czeluściach nierozpakowanych pudeł, więc musiałam wybierać: albo siedzenie w domu albo spacerek. Wybrałam to drugie oczywiście. Bardzo energiczny spacerek spieszę dodać, z wielkim parasolem więc jak nic trening siłowy też był. Byłoby bardzo przyjemnie gdyby nie towarzystwo ślepaków (bąki takie, jak ugryzą to boli i piecze). Początkowo zdarzał sie jeden - dwa krążące nad głową. Ale im bardziej w łąki tym większe towarzystwo. Wkrótce pół reprezentacji narodowej latało pod moim parasolem i pchało się do oczu i ust. W końcu zaopatrzyłam się w Uniwersalną Odganiaczkę Upierdliwych Stworzeń Latających i dały nam spokój. 

uniwersalna odganiaczka upierdliwych stworzeń latających 

sobota, 28 lipca 2012

13.98 / 204


No to zaczynamy. Upał dziś i pogoda całkiem nie biegowa. Zabrałam Tygrysa do lasu w nadzieji, że znajdziemy tam trochę cienia. Nie znaleźliśmy o czym przekonałam sie po powrocie do domu.


W lesie ścieżek i ścieżeczek pełno, aż się proszą by nimi pobiec. Niestety strach przed boreliozą wiekszy. Gdybym była sama to pewnie bym się skusiła, ale nie będę narażać Tygrysa.


Świerszcze krzyczące na polach po skoszonych zbożach
Sarny skubiące leniwie trawę pod drzewami
Mgła unosząca się nad łąkami
Księżyc wiszący nad kapliczką na cmentarzu

Takie obrazki ominełyby mnie gdybym nie poszła biegac dziś wieczorem. A mało brakowało bym nie poszła. Zwłaszcza, że Tygrys nie dał mi pospać ubiegłej nocy i lunatykował uprawiając przez sen wspinaczkę wysokoszczebelkową. Ale słowo się rzekło i pobiec należało. 


Olimpiadę czas zacząć

Prawie 2 w nocy, ale warto było zarwać noc, nawet ze świadomością, że Tygrys obudzi mnie skoro świt. Danny Boyle to geniusz. Wyczarował dziś prawdziwie magiczny spektakl. Pierwszy raz oglądałam otwarcie Igrzysk do końca, z ciekawością i zachwytem. A moment zapalenia Znicza przyprawił mnie o gęsią skórkę i łzy w oczach. 

żródło


Nigdy nie będę lekkoatletką z prawdziwego zdarzenia, ani nie wezmę udziału w tak wielkim wydarzeniu, ale mogę urządzić moje własne Igrzyska. Postanowiłam w ciągu tych 16 dni trwania Olimpiady przebiec 204 km - po kilometrze na każdą muszlę Znicza, reprezentującą wszystkie uczestniczące kraje. 

Współuczestnicy mile widziani

środa, 25 lipca 2012

3 x 5

Uwielbiam mojego baby joggera. To nie do wiary ile wolności dają takie trzy kółka. Jak inaczej udałoby mi sie wcisnąć trochę biegania w napięty grafik? Zwłaszcza, że Tata Tygryska zaczyna nową pracę od pierwszego. A tak, wskakuje w dresik, Tygrysa w pasy i ruszamy w trasę.

W związku z dalszym remontem kuchni i lekkimi hałasami musieliśmy usunąć się z domu na kilka godzin tak by Potomek mógł podrzemać w sprzyjających warunkach. Postanowiliśmy odwiedzić Dziadka i Prababcię Tygryska. Ale pędząc tak polną drogą stwierdziliśmy (znaczy ja, bo Tygrys sobie pochrapkiwał), że może odwiedzilibyśmy Kuzynkę Tygryska. Wizja jawiła się wyjątkowo kusząco bo na śniadanie zdążyłam złapać tylko dwie kostki bardzo gorzkiej czekolady a Babcia Kuzynki Tygryska znana jest z przepysznej kuchni. I tak poszło pierwsze 5,5km.

Na sniadanko dostalismy flaczki z plackami na sodzie, świeżo pieczony chlebek z ziarnami ze smalczykiem i skwareczkami i kołacz drożdżowy ze świezym miodkiem. Niecodzinne zestawienie, ale Mniam. Pokrzepieni na ciele (Tygrys dostał kaszunie) popędziliśmy do Dziadka i Prababci - 5,3km.

Tu dostalismy obiadek (no dobra, znowu ja) młode ziemniaczki z ogórkowym chłodniczkiem i duszoną wątróbką, pobuszowałam po ogrodzie i pognalismy do domku - 5km.

Tygrysek spi snem sprawiedliwego a ja relaksuję sie przy kubku waniliowego roiboosa z poczuciem dobrze przebiegniętego dnia.

takie tam

Post sprzed dwóch tygodni. Napisał sie i zapomniał sie opublikować

Nie dla mnie Kenijskie upały. Nie biegam, bo w upale nie umiem. A wieczorem jak już się zdziebko ochłodzi to burza nadciąga i też nic z tego. 
Dziś był całkiem przyjemny dzień to wzięliśmy się za rozwalanie (czytaj: remontowanie) kuchni. Poza tym Tygrys został ostatnio dumnym posiadaczem dwóch dolnych jedynek więc spania po nocach nie ma. A jak już uda mu sie zasnąć po ułożeniu się w stylu Sida Leniwca (3 obroty na kamieniu, 4 przeturlania na boki, wysadzenie nogi przez szczebelki) to w akcję wkraczają 3 wilczury sąsiadów, które myślą, że najlepszą porą na komunikację międzypsiaczą z osobnikami na drugim końcu wsi jest 2 nad ranem. Powietrze pewnie czystsze i głos się lepiej niesie. 

Wczoraj wybrałam się do stolycy zawieźć papiery na Uni (wątpliwa przyjemność). Miłą niespodzianką okazała się jeszcze milsza pani w sekretariacie. Ogólnie wiadomo,że uniwersytecka sekretarka to oddzielny gatunek, a tu proszę, taka pomocna osoba. Okazało się jednak, że będę jeszcze potrzebowała suplementu do odpisu dyplomu części B, o której, podczas odbierania tegoż dyplomu nikt nas nie informował. Na szczęście Instytut Romanistyki to tylko rzut beretem od Lingwistyki to skoczyłam w tym cudnym upale upomnieć się o tenże suplement. A tu niespodzianka (już nie taka miła). Pani sekretarka przejrzała teczunie z papierami studentów i stwierdziła, że pewnie już mnie zarchiwizowano (no tak, człowiek się starzeje), bo:
- Pani to jeszcze pochodzi z czasów jak teczek nie mieliście (nie każdy może być ministrem), tylko was w koszulki upychaliśmy. 
Suplementu mi nie da. Nie że ze złośliwości tylko z tego prostego powodu że nie ma. Mam się udać do swojej uczelni z indeksem sprzed 6 lat (dobrze, że się znalazł w ostatniej przeprowadzce), oni zrobią wypis, prześlą tu i ona mi wtedy to wydrukuje. Ale to nie ma pośpiechu bo przecież nie wiadomo czy przyjmą nie? I tym optymistycznym akcentem zakończyłam uczelnianą część wizyty stolycznej. 

Do powrotnego busa miałam 5 godzin, więc postanowiłam popałętać się trochę po centrum i zobaczyć co tam słychać. Słychać tyle, że cała Świętokrzyska rozkopana, to sie zaplątałam na uliczkę Kubusia Puchatka. Z moich warszawskich czasów pamiętam, że zawsze chciałam na niej mieszkać. Wydawało mi się, że na takiej uliczce muszą się dziać niezwykłe rzeczy i cudnie musi sie tam mieszkać. 

http://forum.gazeta.pl

Przeszłam się Marszałkowską a tam, jakbym się do Londynu przesniosła: H&M, M&S, New Look, TK Maxx. To my juz nie mamy swoich sklepów? Ale udało mi się znaleźć sklep ze zdrową żywnością i nabyć amarantusa i quinoe dla Tygrysa (oj nie ma, nie ma takich specyjałów na naszej wsi)

Wizyta w Wawie uświadomiła mi, że:

a) jak ja nie lubię tego miasta
b) jak ja się cieszę że nie muszę więcej w nim mieszkać
c) jaka cudna jest moja nawsia


sobota, 23 czerwca 2012

Wake up! The road is calling

Dziś będzie przebieżka w obrazkach









W lewo czy prawo? Odpowiedź mogła byc tylko jedna










Pasażerka na gapę





poniedziałek, 18 czerwca 2012

O jeżu!

Maniek wpadł z wizytą  w sobotę. Pewnie szukał mamy, którą niestety spotkał straszny los. Dostał spodek mleka i tyle go widzieliśmy. Fama o dokarmianiu najwidoczniej rozniosła się szybko bo w niedzielę Maniuś przyprowadził rodzeństwo. Całą czwórkę. Lubią kozie mleko i żarcie dla kota. Niestety Tofik, to bydlę myślał, że to nowa zabawka dla niego więc maleństwa zostały zesłane na wieś do moich rodziców. (Tata był bardzo przejęty nową rolą). Pod wieczór przypałętał się kolejny nieborak, kręcił się w kółko szukając braci (albo sióstr). Szkoda mi się go zrobiło, więc zorganizowałam szybko akcję ratunkową. Zaopatrzyłam się w specjalistyczny pojemnik do przewożenia jeży (czytaj: wiaderko po serze wyścielone trawą), wskoczyłam na rower i powiozłam maluszka. Strasznie ciekawskie stworzonko, chyba próbował zapamiętać drogę powrotną bo jechał z pyszczkiem wystawionym z wiaderka. 
Został przywitany radosnym piskiem rodzinki i jeżyki odbyły triumfalny przemarsz gęsiego za zgubą. A ja dzięki niemu zrobiłam sobie mały trening 10k na rowerku.


piątek, 15 czerwca 2012

Dyszka

Niechcący zaliczyłam wczoraj 10km. A wszystko przez to, że zachciało mi się postudiować na stare lata. Numer dyplomu z poprzednich studiów był potrzebny więc musiałam udać się do rodzicieli. A że mieszkają bliziutko to zapakowałam Tygrysa do joggera i wiuuuuu. Dobry dystansik (5k) i na pewno będzie często uczęszczany (na herbatkę do Mamusi :) ) więc będę mieć okazję do poobserwowania jak mi kondycja rośnie. Tymczasem 39min. Czas ogółem marniutki, ale biorąc pod uwage okoliczności (plus przedburzowy żar z nieba, plus 7,5kg śpiącego Szczęścia i po kilogramie czereśni i niepalonej kaszy gryczanej w drodze powrotnej) to lepszy taki jak żaden. 

wtorek, 12 czerwca 2012

Baby Jogger

W końcu. Wyciągnęłam joggera, zapakowałam Tygrysa i ruszyliśmy pobiegać. Młodemu wyraźnie się podobało bo zasnął po 100m. Zrobiłam próbne 5km kółko (uff jak gorąco), delikatnym 6'25 (nie przesilać kolanek).
Wózek prowadzi się bardzo dobrze, leciutko, nie ucieka na boki, ma szelkę doczepianą do nadgarstka (na wypadek gdyby Junior postanowił samowolkę uprawiać), latwo popychać go tylko jedną ręką. Oparcie mogłoby opuszczać się niżej.

W mojej nowej miejscowości bieganie jest czynnością dość niecodzienną (na razie mamy grupkę pań które sobie niedzielnie nordickwalkinguja), tym bardziej bieganie z wózkiem. Spojrzenia jakimi mnie dziś obrzucano były bezcenne. 


poniedziałek, 4 czerwca 2012

Brykam sobie

Wciągnął mnie wir przeprowadzki i rozpakowywania pudeł. Od dwóch tygodni "na swoim". Tygrys ma już swój własny pokój, a ja garderobę. Czyż może być coś piękniejszego dla kobiety? Przy okazji wypakowywania ubrań uświadomiłam sobie ile mam biegowych ciuchów i zrobiło mi się wstyd. Po co mi one skoro ostatnio bieganie leży? Na usprawiedliwienie mam tylko nie dający się ból kolan. Ale kiedyś nie potrzebowałam usprawiedliwień. Po prostu wciagałam buty i wychodziłam biegać. Gdy brakowało czasu biegałam do/z pracy, a teraz? 
Następnego wieczora, gdy Tygrys posapywał grzecznie w swoim łóżeczku, wyciagnęłam buty i poszłam biegać. Okazało się, że z kolanami nie jest tak źle, w zasadzie podczas biegania nie bolą. Dopiero jak przyspieszyłam sobie na końcówce ostry ból przeszył mi lewe kolanko tak, że ugięcie nogi gdy opierałam na niej cały ciężar ciała bylo prawie niemożliwe. Posmarowałam kolana arcalenem i ten ból przeszedl następnego ranka. Poprzedni niestety pozostał. Kolana chrupią przy wchodzeniu na schody i bolą przy schodzeniu. Trzeba sie  będzie chyba wybrać do jakiegoś magika od stawów. 

Nie mniej jednak truchtam sobie co dwa dni powoli zwiekszając dystans. Mieszkam tu teraz w takiej ładnej okolicy, z możliwością wykonywania kilku fajnych pętelek po polnych drogach, więc nie muszę obciążać dodatkowo stawów klepiąc po chodniku czy asfalcie. W piątek trafiła mi się też śliczna tęcza a potem zaskoczyła mnie sarna. Przydybała mnie na małej dróżce wychodząc z pola pszenicy i nic sobie nie robiąc z mojej obecności. Stanęłam jak wryta a ta ciekawska podeszła na odległość kilku centymetrów i wlepiała we mnie wielkie sarnie oczka. No Bambi jak nic. Nie wiem co robiłaby dalej bo akurat trafiło się jakieś autko i ją wystraszyło.

sobota, 12 maja 2012

Bumeluje

Piękno w fakcie nie bycia profesjonalnym atleta leży w tym, że można sobie pobumelowac i nie wiąże się to z żadnymi poważnymi konsekwencjami, jak obraza zaufania narodowego, umów sponsoringowych itd. No więc nie będąc profesjonalną atletką bumeluje. 

Jako że bumelanctwem biegowym zajmowałam sie dość intensywnie przez ostatni rok, powrót do niego po nagłym zrywie aktywności był dziecinnie prosty. Złozyło się na to kilka czynników.

Po pierwsze primo wesele było (nie moje, jeszcze). A jak wesele to i poprawiny. A każdy kto kiedykolwiek był na wiejskim weselu wie, ze potrafi się ono przeciągnąć do dni kilku. Nie mówiąc już o skutkach takiegoż, które to trzymają gościa jeszcze dłużej. Jako matkę karmiącą stroniącą od magicznego płynu z drewnianej beczułki skutki mnie ominęły. 

Po weselu był chwilowy brak opiekunek do Tygryska, potem opiekunki się znalazły, ale był chwilowy brak chęci, a na koniec odezwały się kolana. I tu mnie zaskoczyły bo do tej pory żyliśmy sobie w pięknej symbiozie: ja ich za bardzo nie nadwyrężałam, one za to siedziały cichutko, czasem delikatnie skrzypiąc. A tu nagle, przy próbie kucnięcia przy Tygrysku odezwały się ostrym bólem w przedniej części. Przy próbie wstania zmusiły mnie do przytrzymania się szczebelek łóżeczka. I tak im zostało. Bolą nadal. To chyba prawda co mówią, że do 30tki człowiek jest objęty gwarancją i jakoś się trzyma a potem to już tylko na częściach zamiennych. Próbuję dojść co też mogłam im zrobić, że tak mi się odwdzięczają. Jedyne co przychodzi mi do głowy to stepper, który nabyłam w niedalekim czasie droga kupna. Czyżby on?

Żeby nie było ze tylko lenistwo i marazm mnie dopadł, to zapisałam się na maraton londyński (znowu), ale pewnie i tak się nie dostanę (znowu). Kiedyś, gdy maraton był sponsorowany przez Florę, była przynajmniej ta szansa, że po 5 odrzuceniach z rzędu, za 6 razem ma się zapewnione uczestnictwo. Niestety Virgin przejął pałeczkę i zmienił zasady.

Dodatkowo, z nieprzebranych czeluści pudełek (kiedy ja je w końcu rozpakuje do końca?) wyciągnęłam kochany rowerek, który leżał odłogiem od czasu pierwszego testu ciążowego. Ah jak my się za sobą stęskniliśmy. Jęknął radośnie luzem w siodełku i z wrażenia zgubił klocek od przedniego hamulca. Cross training jest bardzo ważny, więc sobie crossuje. Codziennie śmigam do naszej remontowni (5km) gdzie przekładam pudełka i inne takie z miejsca na miejsce, a potem wracam do Tygryska (5km). I robi to dość dobrze na moje kolanka.