Uwielbiam mojego baby joggera. To nie do wiary ile wolności dają takie trzy kółka. Jak inaczej udałoby mi sie wcisnąć trochę biegania w napięty grafik? Zwłaszcza, że Tata Tygryska zaczyna nową pracę od pierwszego. A tak, wskakuje w dresik, Tygrysa w pasy i ruszamy w trasę.
W związku z dalszym remontem kuchni i lekkimi hałasami musieliśmy usunąć się z domu na kilka godzin tak by Potomek mógł podrzemać w sprzyjających warunkach. Postanowiliśmy odwiedzić Dziadka i Prababcię Tygryska. Ale pędząc tak polną drogą stwierdziliśmy (znaczy ja, bo Tygrys sobie pochrapkiwał), że może odwiedzilibyśmy Kuzynkę Tygryska. Wizja jawiła się wyjątkowo kusząco bo na śniadanie zdążyłam złapać tylko dwie kostki bardzo gorzkiej czekolady a Babcia Kuzynki Tygryska znana jest z przepysznej kuchni. I tak poszło pierwsze 5,5km.
Na sniadanko dostalismy flaczki z plackami na sodzie, świeżo pieczony chlebek z ziarnami ze smalczykiem i skwareczkami i kołacz drożdżowy ze świezym miodkiem. Niecodzinne zestawienie, ale Mniam. Pokrzepieni na ciele (Tygrys dostał kaszunie) popędziliśmy do Dziadka i Prababci - 5,3km.
Tu dostalismy obiadek (no dobra, znowu ja) młode ziemniaczki z ogórkowym chłodniczkiem i duszoną wątróbką, pobuszowałam po ogrodzie i pognalismy do domku - 5km.
Tygrysek spi snem sprawiedliwego a ja relaksuję sie przy kubku waniliowego roiboosa z poczuciem dobrze przebiegniętego dnia.
środa, 25 lipca 2012
takie tam
Post sprzed dwóch tygodni. Napisał sie i zapomniał sie opublikować
Nie dla mnie Kenijskie upały. Nie biegam, bo w upale nie umiem. A wieczorem jak już się zdziebko ochłodzi to burza nadciąga i też nic z tego.
Nie dla mnie Kenijskie upały. Nie biegam, bo w upale nie umiem. A wieczorem jak już się zdziebko ochłodzi to burza nadciąga i też nic z tego.
Dziś był całkiem przyjemny dzień to wzięliśmy się za rozwalanie (czytaj: remontowanie) kuchni. Poza tym Tygrys został ostatnio dumnym posiadaczem dwóch dolnych jedynek więc spania po nocach nie ma. A jak już uda mu sie zasnąć po ułożeniu się w stylu Sida Leniwca (3 obroty na kamieniu, 4 przeturlania na boki, wysadzenie nogi przez szczebelki) to w akcję wkraczają 3 wilczury sąsiadów, które myślą, że najlepszą porą na komunikację międzypsiaczą z osobnikami na drugim końcu wsi jest 2 nad ranem. Powietrze pewnie czystsze i głos się lepiej niesie.
Wczoraj wybrałam się do stolycy zawieźć papiery na Uni (wątpliwa przyjemność). Miłą niespodzianką okazała się jeszcze milsza pani w sekretariacie. Ogólnie wiadomo,że uniwersytecka sekretarka to oddzielny gatunek, a tu proszę, taka pomocna osoba. Okazało się jednak, że będę jeszcze potrzebowała suplementu do odpisu dyplomu części B, o której, podczas odbierania tegoż dyplomu nikt nas nie informował. Na szczęście Instytut Romanistyki to tylko rzut beretem od Lingwistyki to skoczyłam w tym cudnym upale upomnieć się o tenże suplement. A tu niespodzianka (już nie taka miła). Pani sekretarka przejrzała teczunie z papierami studentów i stwierdziła, że pewnie już mnie zarchiwizowano (no tak, człowiek się starzeje), bo:
- Pani to jeszcze pochodzi z czasów jak teczek nie mieliście (nie każdy może być ministrem), tylko was w koszulki upychaliśmy.
Suplementu mi nie da. Nie że ze złośliwości tylko z tego prostego powodu że nie ma. Mam się udać do swojej uczelni z indeksem sprzed 6 lat (dobrze, że się znalazł w ostatniej przeprowadzce), oni zrobią wypis, prześlą tu i ona mi wtedy to wydrukuje. Ale to nie ma pośpiechu bo przecież nie wiadomo czy przyjmą nie? I tym optymistycznym akcentem zakończyłam uczelnianą część wizyty stolycznej.
Do powrotnego busa miałam 5 godzin, więc postanowiłam popałętać się trochę po centrum i zobaczyć co tam słychać. Słychać tyle, że cała Świętokrzyska rozkopana, to sie zaplątałam na uliczkę Kubusia Puchatka. Z moich warszawskich czasów pamiętam, że zawsze chciałam na niej mieszkać. Wydawało mi się, że na takiej uliczce muszą się dziać niezwykłe rzeczy i cudnie musi sie tam mieszkać.
| http://forum.gazeta.pl |
Przeszłam się Marszałkowską a tam, jakbym się do Londynu przesniosła: H&M, M&S, New Look, TK Maxx. To my juz nie mamy swoich sklepów? Ale udało mi się znaleźć sklep ze zdrową żywnością i nabyć amarantusa i quinoe dla Tygrysa (oj nie ma, nie ma takich specyjałów na naszej wsi)
Wizyta w Wawie uświadomiła mi, że:
a) jak ja nie lubię tego miasta
b) jak ja się cieszę że nie muszę więcej w nim mieszkać
c) jaka cudna jest moja nawsia
sobota, 23 czerwca 2012
Wake up! The road is calling
poniedziałek, 18 czerwca 2012
O jeżu!
Maniek wpadł z wizytą w sobotę. Pewnie szukał mamy, którą niestety spotkał straszny los. Dostał spodek mleka i tyle go widzieliśmy. Fama o dokarmianiu najwidoczniej rozniosła się szybko bo w niedzielę Maniuś przyprowadził rodzeństwo. Całą czwórkę. Lubią kozie mleko i żarcie dla kota. Niestety Tofik, to bydlę myślał, że to nowa zabawka dla niego więc maleństwa zostały zesłane na wieś do moich rodziców. (Tata był bardzo przejęty nową rolą). Pod wieczór przypałętał się kolejny nieborak, kręcił się w kółko szukając braci (albo sióstr). Szkoda mi się go zrobiło, więc zorganizowałam szybko akcję ratunkową. Zaopatrzyłam się w specjalistyczny pojemnik do przewożenia jeży (czytaj: wiaderko po serze wyścielone trawą), wskoczyłam na rower i powiozłam maluszka. Strasznie ciekawskie stworzonko, chyba próbował zapamiętać drogę powrotną bo jechał z pyszczkiem wystawionym z wiaderka.
Został przywitany radosnym piskiem rodzinki i jeżyki odbyły triumfalny przemarsz gęsiego za zgubą. A ja dzięki niemu zrobiłam sobie mały trening 10k na rowerku.
piątek, 15 czerwca 2012
Dyszka
Niechcący zaliczyłam wczoraj 10km. A wszystko przez to, że zachciało mi się postudiować na stare lata. Numer dyplomu z poprzednich studiów był potrzebny więc musiałam udać się do rodzicieli. A że mieszkają bliziutko to zapakowałam Tygrysa do joggera i wiuuuuu. Dobry dystansik (5k) i na pewno będzie często uczęszczany (na herbatkę do Mamusi :) ) więc będę mieć okazję do poobserwowania jak mi kondycja rośnie. Tymczasem 39min. Czas ogółem marniutki, ale biorąc pod uwage okoliczności (plus przedburzowy żar z nieba, plus 7,5kg śpiącego Szczęścia i po kilogramie czereśni i niepalonej kaszy gryczanej w drodze powrotnej) to lepszy taki jak żaden.
wtorek, 12 czerwca 2012
Baby Jogger
W końcu. Wyciągnęłam joggera, zapakowałam Tygrysa i ruszyliśmy pobiegać. Młodemu wyraźnie się podobało bo zasnął po 100m. Zrobiłam próbne 5km kółko (uff jak gorąco), delikatnym 6'25 (nie przesilać kolanek).
Wózek prowadzi się bardzo dobrze, leciutko, nie ucieka na boki, ma szelkę doczepianą do nadgarstka (na wypadek gdyby Junior postanowił samowolkę uprawiać), latwo popychać go tylko jedną ręką. Oparcie mogłoby opuszczać się niżej.
W mojej nowej miejscowości bieganie jest czynnością dość niecodzienną (na razie mamy grupkę pań które sobie niedzielnie nordickwalkinguja), tym bardziej bieganie z wózkiem. Spojrzenia jakimi mnie dziś obrzucano były bezcenne.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Brykam sobie
Wciągnął mnie wir przeprowadzki i rozpakowywania pudeł. Od dwóch tygodni "na swoim". Tygrys ma już swój własny pokój, a ja garderobę. Czyż może być coś piękniejszego dla kobiety? Przy okazji wypakowywania ubrań uświadomiłam sobie ile mam biegowych ciuchów i zrobiło mi się wstyd. Po co mi one skoro ostatnio bieganie leży? Na usprawiedliwienie mam tylko nie dający się ból kolan. Ale kiedyś nie potrzebowałam usprawiedliwień. Po prostu wciagałam buty i wychodziłam biegać. Gdy brakowało czasu biegałam do/z pracy, a teraz?
Następnego wieczora, gdy Tygrys posapywał grzecznie w swoim łóżeczku, wyciagnęłam buty i poszłam biegać. Okazało się, że z kolanami nie jest tak źle, w zasadzie podczas biegania nie bolą. Dopiero jak przyspieszyłam sobie na końcówce ostry ból przeszył mi lewe kolanko tak, że ugięcie nogi gdy opierałam na niej cały ciężar ciała bylo prawie niemożliwe. Posmarowałam kolana arcalenem i ten ból przeszedl następnego ranka. Poprzedni niestety pozostał. Kolana chrupią przy wchodzeniu na schody i bolą przy schodzeniu. Trzeba sie będzie chyba wybrać do jakiegoś magika od stawów.
Nie mniej jednak truchtam sobie co dwa dni powoli zwiekszając dystans. Mieszkam tu teraz w takiej ładnej okolicy, z możliwością wykonywania kilku fajnych pętelek po polnych drogach, więc nie muszę obciążać dodatkowo stawów klepiąc po chodniku czy asfalcie. W piątek trafiła mi się też śliczna tęcza a potem zaskoczyła mnie sarna. Przydybała mnie na małej dróżce wychodząc z pola pszenicy i nic sobie nie robiąc z mojej obecności. Stanęłam jak wryta a ta ciekawska podeszła na odległość kilku centymetrów i wlepiała we mnie wielkie sarnie oczka. No Bambi jak nic. Nie wiem co robiłaby dalej bo akurat trafiło się jakieś autko i ją wystraszyło.
sobota, 12 maja 2012
Bumeluje
Piękno w fakcie nie bycia profesjonalnym atleta leży w tym, że można sobie pobumelowac i nie wiąże się to z żadnymi poważnymi konsekwencjami, jak obraza zaufania narodowego, umów sponsoringowych itd. No więc nie będąc profesjonalną atletką bumeluje.
Jako że bumelanctwem biegowym zajmowałam sie dość intensywnie przez ostatni rok, powrót do niego po nagłym zrywie aktywności był dziecinnie prosty. Złozyło się na to kilka czynników.
Po pierwsze primo wesele było (nie moje, jeszcze). A jak wesele to i poprawiny. A każdy kto kiedykolwiek był na wiejskim weselu wie, ze potrafi się ono przeciągnąć do dni kilku. Nie mówiąc już o skutkach takiegoż, które to trzymają gościa jeszcze dłużej. Jako matkę karmiącą stroniącą od magicznego płynu z drewnianej beczułki skutki mnie ominęły.
Po weselu był chwilowy brak opiekunek do Tygryska, potem opiekunki się znalazły, ale był chwilowy brak chęci, a na koniec odezwały się kolana. I tu mnie zaskoczyły bo do tej pory żyliśmy sobie w pięknej symbiozie: ja ich za bardzo nie nadwyrężałam, one za to siedziały cichutko, czasem delikatnie skrzypiąc. A tu nagle, przy próbie kucnięcia przy Tygrysku odezwały się ostrym bólem w przedniej części. Przy próbie wstania zmusiły mnie do przytrzymania się szczebelek łóżeczka. I tak im zostało. Bolą nadal. To chyba prawda co mówią, że do 30tki człowiek jest objęty gwarancją i jakoś się trzyma a potem to już tylko na częściach zamiennych. Próbuję dojść co też mogłam im zrobić, że tak mi się odwdzięczają. Jedyne co przychodzi mi do głowy to stepper, który nabyłam w niedalekim czasie droga kupna. Czyżby on?
Żeby nie było ze tylko lenistwo i marazm mnie dopadł, to zapisałam się na maraton londyński (znowu), ale pewnie i tak się nie dostanę (znowu). Kiedyś, gdy maraton był sponsorowany przez Florę, była przynajmniej ta szansa, że po 5 odrzuceniach z rzędu, za 6 razem ma się zapewnione uczestnictwo. Niestety Virgin przejął pałeczkę i zmienił zasady.
Dodatkowo, z nieprzebranych czeluści pudełek (kiedy ja je w końcu rozpakuje do końca?) wyciągnęłam kochany rowerek, który leżał odłogiem od czasu pierwszego testu ciążowego. Ah jak my się za sobą stęskniliśmy. Jęknął radośnie luzem w siodełku i z wrażenia zgubił klocek od przedniego hamulca. Cross training jest bardzo ważny, więc sobie crossuje. Codziennie śmigam do naszej remontowni (5km) gdzie przekładam pudełka i inne takie z miejsca na miejsce, a potem wracam do Tygryska (5km). I robi to dość dobrze na moje kolanka.
czwartek, 26 kwietnia 2012
aaaagórka potrzebna od zaraz
Nie chciała góra do Machometa... W planie na wczoraj podbiegi. Ale jak? Mieszkając na Płaskatości Lubelskiej, a wręcz Zaklęsłości Łukowskiej górek ci u nas jak na lekarstwo. Jedyne co znalazłam to zjazd do stawiku, który mam za domem, tak na oko 10m dlugości. Trening wyglądał tak: 1,6k slimaczym tempem (7,2/km), 30s wbiegania sprintem na 'górkę' i zbiegania spowrotem, 1,6k slimaczenia. Na 30s to sie jeszcze nada, ale na przyszłośc będę chyba musiała dokopac sie do bieżni. Albo przeszukac okolice pod kątem pochyłości.
Na dziś zamiast biegania cwiczonka.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Brutalne zderzenie z rzeczywistoscia
Ni mom kondycji. W ogole. Rzeczywistośc brutalnie przywaliła mi w splot sloneczny pozostawiając na bezdechu i bez zludzen.
Korzystając z obecności Babci Tygryska, która ochoczo przejęła dziecię pod opiekę postanowilam wybyc na bieganko. Zgodnie z planem zresztą. Wczoraj myslałam: cóż za fantastyczny plan, ktory zaczyna sie od dnia wolnego. Dzisiaj moje mysli formują się raczej w coś na kształt: co za sadysta kazal mi skakac na jednej nodze?
No więc plan. W zasadzie ma sens. Rozpoczyna sie od tempa dostosowanego do obecnej kondycji a nie do planowanej. Jest tabelka wedlug ktorej ustala się na jakim poziomie zaawansowania biegowego sie jest na podstawie wynikow z ostatnich biegow.(od 50 czyli wystarczająco by ledwie prześcignac ślimaka do 1, czyli taka Radcliffe) Stwierdziłam, że nie będę przeambicac(?) / przeambicjonowywac(?) i zacznę od tej 50. W każdej chwili będe przeciez mogła wskoczyc na wyzszy poziom. Plan zakladał na dziś 2mile (3,2k) w tempie podstawowym (czyli dla mnie to 7,11-7,30/km) plus 20s biegania bez rak (znaczy z łapkami z przodu obejmujacymi niewidzialna piłke) i 20s skakania na jednej nodze.
Pierwsza mila poszla gladko. Skoro juz zaczynam od podstaw to wyciagnęłam pare Vibramek - będę sie uczyc biegac na nich. Pocwałowałam w kierunku Stumilowego Lasu. Zawrotne tempo pozwoliło w pełni rozkoszowac się wiosną, która rozpanoszyła sie juz na dobre. Cały las pokrył zielono-biały dywan zawilców. Cudnie było. A potem zaczęłam skakac. 20 sekund, a ja zipałam jak parowóz. Powrotna mila dłużyła się niemiłosiernie, oddechu brakowało i ogólnie ciężko mi było. Gdzie te czasy, gdy biegało się 10k jeszcze przed sniadankiem dla dobrego początku dnia a potem jeszcze 18 na dobry sen? Z jednej strony jest nadzieja, bo wiem, że juz kiedys byłam w tym miejscu i udało mi się dojśc do dobrych wyników, a z drugiej niedowiara, ze mozna tak opaśc z sił.
Ale cos za coś. Mam za to Tygryska,, ktory rekompensuje wszystko. Dzis na przykład podczas zmiany pieluchy zostawiłam go w pozycji 'na żólwika', czyli leżącego na plecach z kołami do góry, przebierającego bezradnie kończynkami a on cyku myku i hop na brzuszek. Dodam, ze dla utrudnienia miał burte maty na ktorej leżał, wiec musiał sie porządnie nakręcic. I że wykonał to po raz pierwszy samodzielnie.
I tym optymistycznym akcentem zakończę moje dzisiejsze wywody.
sobota, 21 kwietnia 2012
Boli
Skoro z bieganiem startuje od samego poczatku to rownie dobrze moge to zrobi jak trzeba. Z tysiaca pudeł i pudełek wykopałam "Brain Training for runners" Matta Fitzgerarda (jak to jest, że poszukiwana rzecz ZAWSZE znajduje sie w ostatnim pudełku? Zacząc szukanie od tego pudełka? ale wtedy okazałoby sie, że jest w tym pierwszym z poprzedniej rundy). Zaczynam od pierwszego planu na 5k, nic zbyt ambitnego, ot rozruszac sie troche. Widze, że gdy nie mam nad sobą bata (czytaj: zapisu na bieg z konkretna data i rozpiski programowej) to zawsze znajde wymowke. Zle mi z tym, ale rozpieściłam wewnetrznego lenia przez ostatni rok i teraz trudno go zagonic do pracy. Teraz musze tylko znaleźc jakis bieg na 5k w okolicach za 16 tygodni, aby nie miec wymówek.
Tygrys zaczyna siadac, wiec nareszcie bede mogla wyprobowac baby joggera, ktory od prawie roku czeka grzecznie na swoja kolej.
A co boli? No wlasnie. Przy okazji szukania ksiazki kucnęłam i odezwało sie coś za lewą kostką. Cos jak przykurczone ścięgno. Skad, jak, po co? Boli tylko przy naciaganiu (to nie naciagac, jakby powiedział znajomy pan doktor). Siegajac pamięcią wstecz przypomina mi sie jakiś ból w tamtych okolicach nekający mnie od kilku tygodni, ale zazwyczaj odzywał sie akurat gdy byłam zajęta Tygrysem, a el Dittatore nie zezwalał na szczegółowe wsłuchiwanie sie w co, gdzie i jak bardzo. Niestety stan tzw "baby brain" ciagle mi jeszcze nie minął wiec szybko o tym zapominałam. Po-masuje, po-rozciagam, po-obserwuje i zobacze jak to cos będzie sie zachowywac.
Byliśmy dzis z Tygryskiem w Stumilowym lesie. Wiosna w rozkwicie. Cudnie jest. I wypatrzyłam bardzo sympatyczną trasę biegową (niewatpliwą zaletą Stumilowego Lasu przez tybulcow zwanego zdrobniale 'Zapowiednikiem' jest to, ze znajduje sie jakies 500m od domku). Trzeba będzie sie na nia wybrac, zwłaszcza ze obiecuja dobrą pogode.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Do GieeSa i spowrotem
Tak w tej chwili mierze odleglości. Kiedys bylo w milach, kilometrach, przystankach metra, okrążeniach parku. a teraz?
- Dokad zabiegłaś?
- do GieeSa i spowrotem (dla niewtajemniczonych GieeS (GS) to taki sklep z bułką, widłem i powidłem stojacy zazwyczaj w punkcie strategicznym kazdej wsi, i z nieodzowną podstarzałą młodzieża poszukujacą zagubionego wczorajszego dnia na dnie kartonow z winem marki 'wino' ławeczce przed tymze sklepikiem.
Aby zminimalizowac kontakt z powyzszymi panami biegam w nocy, gdy Tygrysek juz smacznie śpi. A raczej biegałam bo chwilowo wmawiam sobie ze nie mam czasu. Na usprawiedliwienie mam tylko to ze poczatkowo faktycznie czasu nie bylo bo:
a) Tatus Tygryska dociera do domu dosc pozno w zwiazku z Remontem Pięterka
b) Babcia Tygryska była w 3 tygodniowej delegacji u siostry ciotecznej Tygryska
a zatem nie bylo komu popilnowac nowego obywatela podczas mojej nieobecnosci
c) Tygrys osobiscie wyczuwal chyba że mamuska sie wymyka i zaczynał cwiczenia do arii operowych z chwila przekroczenia przeze mnie progu.
Wiec nie biegam, przyznaje bez bicia. Poza tym czekam na ladniejsza pogode, bo jakos tak chlodno (nie przeszkadzal mi mrozek gryzacy w uda a lekki wiaterek juz tak?)
Z rzeczy organizayjnych: jestesmy. Wrocilismy do tego kraju mlekiem i miodem plynącego 2 i pol miesiaca temu. Przeprowadzka rzecz straszna, oby nigdy wiecej (nigdy nie mow nigdy). Śnieg, jakze nieczęste zjawisko na Wyspach postanowił spaśc akurat tej nocy, gdy my wyjezdzalismy. Z drzacym sercem odswiezalam strone lotniska a z kazdym odswiezeniem kolejny lot byl odwolywany z powodu sniegu. Ostateczne pakowanie zakonczylismy o 2 nad ranem, gdzie z domu wyszlismy o 3.30. Tygrysek wspolpracowac nie chcial i budzil sie co chwila (nmie dziwie mu sie), ale za to pozniej okazal sie Idealnym Dzieckiem Podrozniczym.
Probowal ktos ciagnac 30 kilowa walizke na malutkich koleczkach po 20 cm wartwie swiezo napadanego puszystego sniegu z niemowlaczkiem w chuscie (plus 2 kocyki, i 2 wielkie szale w ktore byl opatulony) i 10 kilowa torba na ramieniu? Nie polecam.
Snieg w Londynie, jak wiadomo blokuje wszystko co sie zablokowac da, i wine za absolutnie wszystko mozna pozniej zwalic na opady puchu. I tak 3 autobusy nocne nie dojechaly, kolejny sie spoznil, przez co my spoznilismy sie o 4 minuty na autobus łączący Londyn z lotniskiem. Te autobusy w teorii jezdza co 15 minut i dlatego na kolejny czekalismy 1,5 godziny. Niemowle spało. Na lotnisko wpadlismy na kilka chwil przed zamknieciem odprawy (dobrze ze wyszlismy z domu z duuuuuuuuuzym zapasem czasu). Potem bieg przez lotnisko, rozbieranie sie do rosolu i expresowe ubieranie przy rentgenie (z niemowlakiem w reku), sprintem do bramki (ktora jak nigdy znajdowala sie na samym koncu korytarzy (z niemowlakiem w objeciach) po to tylko by czekac tam ponad godzine bo jednak samolot bedzie opozniony. Ramie mi odpadalo pod ciezarem Tygrysa, ktory jakims cudem przybral na wadze do przynajmniej 20 kilo, pot oblewal od tych wszystkich szali i kocow, ktore trzeba bylo zdjac z niego aby sie nie przegrzal i nalozyc na siebie. Niemowle spalo. Obudzil sie dopiero przy starcie samolotu. Zazadal mleka, skontrolowal sytuacje wokol i usatysfakcjonowany wynikiem poszedl spac.
Powoli wgryzamy sie w polska rzeczywistosc, co łatwe nie jest. Ale musze przyznac ze dobrze jest miec te dodatkowa pare rak do pomocy przy Tygrysie, ktory jak sama nazwa wskazuje brykac lubi i to bardzo. Zwlaszcza bladym switem. Zanosi sie go wtedy babci, ktora i tak juz nie spi (a poranny Tygrys jest pelen czaru nie-do-odparcia, caly cieplutki i mieciutki) a samej wraca pod cieplutka kolderke.
Z tysiaca paczek, kartonow i pudel wylowilam juz stroj do biegania i butki, wiec chyba trzeba bedzie sie zmobilizowac i ruszyc. Zaczynam powolutku, rok bez biegania swoje zrobil, plus ciaza rozluznila wszelkie stawy, wiec trzeba ostroznie. Chwilowo pozwalam sobie na 30 minut powtorzen: 3min truchtu 2 min marszu. Jak dziecię pozwoli to jutro wybiore sie do lasu
Aby zminimalizowac kontakt z powyzszymi panami biegam w nocy, gdy Tygrysek juz smacznie śpi. A raczej biegałam bo chwilowo wmawiam sobie ze nie mam czasu. Na usprawiedliwienie mam tylko to ze poczatkowo faktycznie czasu nie bylo bo:
a) Tatus Tygryska dociera do domu dosc pozno w zwiazku z Remontem Pięterka
b) Babcia Tygryska była w 3 tygodniowej delegacji u siostry ciotecznej Tygryska
a zatem nie bylo komu popilnowac nowego obywatela podczas mojej nieobecnosci
c) Tygrys osobiscie wyczuwal chyba że mamuska sie wymyka i zaczynał cwiczenia do arii operowych z chwila przekroczenia przeze mnie progu.
Wiec nie biegam, przyznaje bez bicia. Poza tym czekam na ladniejsza pogode, bo jakos tak chlodno (nie przeszkadzal mi mrozek gryzacy w uda a lekki wiaterek juz tak?)
Z rzeczy organizayjnych: jestesmy. Wrocilismy do tego kraju mlekiem i miodem plynącego 2 i pol miesiaca temu. Przeprowadzka rzecz straszna, oby nigdy wiecej (nigdy nie mow nigdy). Śnieg, jakze nieczęste zjawisko na Wyspach postanowił spaśc akurat tej nocy, gdy my wyjezdzalismy. Z drzacym sercem odswiezalam strone lotniska a z kazdym odswiezeniem kolejny lot byl odwolywany z powodu sniegu. Ostateczne pakowanie zakonczylismy o 2 nad ranem, gdzie z domu wyszlismy o 3.30. Tygrysek wspolpracowac nie chcial i budzil sie co chwila (nmie dziwie mu sie), ale za to pozniej okazal sie Idealnym Dzieckiem Podrozniczym.
Probowal ktos ciagnac 30 kilowa walizke na malutkich koleczkach po 20 cm wartwie swiezo napadanego puszystego sniegu z niemowlaczkiem w chuscie (plus 2 kocyki, i 2 wielkie szale w ktore byl opatulony) i 10 kilowa torba na ramieniu? Nie polecam.
Snieg w Londynie, jak wiadomo blokuje wszystko co sie zablokowac da, i wine za absolutnie wszystko mozna pozniej zwalic na opady puchu. I tak 3 autobusy nocne nie dojechaly, kolejny sie spoznil, przez co my spoznilismy sie o 4 minuty na autobus łączący Londyn z lotniskiem. Te autobusy w teorii jezdza co 15 minut i dlatego na kolejny czekalismy 1,5 godziny. Niemowle spało. Na lotnisko wpadlismy na kilka chwil przed zamknieciem odprawy (dobrze ze wyszlismy z domu z duuuuuuuuuzym zapasem czasu). Potem bieg przez lotnisko, rozbieranie sie do rosolu i expresowe ubieranie przy rentgenie (z niemowlakiem w reku), sprintem do bramki (ktora jak nigdy znajdowala sie na samym koncu korytarzy (z niemowlakiem w objeciach) po to tylko by czekac tam ponad godzine bo jednak samolot bedzie opozniony. Ramie mi odpadalo pod ciezarem Tygrysa, ktory jakims cudem przybral na wadze do przynajmniej 20 kilo, pot oblewal od tych wszystkich szali i kocow, ktore trzeba bylo zdjac z niego aby sie nie przegrzal i nalozyc na siebie. Niemowle spalo. Obudzil sie dopiero przy starcie samolotu. Zazadal mleka, skontrolowal sytuacje wokol i usatysfakcjonowany wynikiem poszedl spac.
Powoli wgryzamy sie w polska rzeczywistosc, co łatwe nie jest. Ale musze przyznac ze dobrze jest miec te dodatkowa pare rak do pomocy przy Tygrysie, ktory jak sama nazwa wskazuje brykac lubi i to bardzo. Zwlaszcza bladym switem. Zanosi sie go wtedy babci, ktora i tak juz nie spi (a poranny Tygrys jest pelen czaru nie-do-odparcia, caly cieplutki i mieciutki) a samej wraca pod cieplutka kolderke.
Z tysiaca paczek, kartonow i pudel wylowilam juz stroj do biegania i butki, wiec chyba trzeba bedzie sie zmobilizowac i ruszyc. Zaczynam powolutku, rok bez biegania swoje zrobil, plus ciaza rozluznila wszelkie stawy, wiec trzeba ostroznie. Chwilowo pozwalam sobie na 30 minut powtorzen: 3min truchtu 2 min marszu. Jak dziecię pozwoli to jutro wybiore sie do lasu
czwartek, 2 lutego 2012
huhuha zima zla
Zimno. Prawie 10 rano a za oknem szron i -1. Tak, wiem, w Polsce temperatura siega -20, ale to Londyn. Cieply i wilgotny. Zazwyczaj. Chyba natura specjalnie dla nas zorganizowala maly kurs przygotowawczy przed mrozami panujacymi w kraju. Raczej oczywiste ze na nasz weekend zapowiadaja temperatura ponizej 20C i zamiecie sniezne a na nastepny juz odwilze. Ehhh Tygrysie, przynajmniej snieg zobaczysz.
Bieganie i dopinanie wszystkiego na ostatni guzik. Donkiszotowa walka z wiatrakami XXI wieku (czytaj bankami). I jeszcze dzis pedzimy na szczepienie Tygryska. Spi sobie smacznie nawet nie podejrzewajac co ja dla niego szykuje.
Tygrys odkryl ostatnio ze ma lapki i ze na pewno naleza do niego. Gapi sie na nie godzinami. Nawet ja nie mam takiej sily w rekach aby trzymac je wyprostowane przez tyle czasu. Grzechotki poszly w ruch
sobota, 14 stycznia 2012
Prawie w domu
Krok do przodu, slizg lewym bokiem, potem krok w lewo na wciagu i z lekkim odchylem tylowia i dwa kroki w prawo. Nie, to nie sa kroki nowego tanca. W taki sposob wchodzilo sie do naszej kuchni jeszcze dwa dni temu. Ale juz jestesmy jedna noga w kraju i po trzytygodniowym maratonie pudelkowym udalo sie wszystko bezpiecznie przeteleportowac do Polski. kwiatki niestety nie zmiescily sie. Pojda na oddanie. Tygrys zostal tez pozbawiony koszyka do spania wiec w zamian dostal szuflade. W pierwszej chwili byl lekko zdziwiony, ze nagle wszystko widzi i nie przeszkadzaja mu zadne budki, tudziez inne wysokie scianki. Po obslinieniu nowego loza Poczatkowa ekscytacja szybko mu przeszla i szuflada zostala zaakceptowana. Wozek tez pojechal wiec spacerki odbywamy w chuscie, ku uciesze Tygrysa i protescie moich miesni.tak sobie mysle zę Macierz Natura troche nie obmyslila dobrze tego aspektu ciazy. Jak ja mam podolac dzwiganiu coraz ciezszego Tygrysa jak mi sie gorset miesniowy calkiem posypal? Jeszcze tylko trzy tygodnien i tabuny babc beda sie zajmowac Robaczkiem podczas gdy ja pojde pobrykac. Chociaz podobno w kraju bialo. Trzeba sie bedzie uczycn od nowa biegania po sniegu. Po ubieglorocznej klesce wiem ze nie bedzie latwo.
Od swiat Tygrys byl na strajku i odmawial jedzenia. Chwilowo jest jednak 1:0 dla mnie i Mlody zaczyna juz porzadniej jesc. Jeszcze sie nauczy ze z matka sie tak latwo nie wygrywa.
Od swiat Tygrys byl na strajku i odmawial jedzenia. Chwilowo jest jednak 1:0 dla mnie i Mlody zaczyna juz porzadniej jesc. Jeszcze sie nauczy ze z matka sie tak latwo nie wygrywa.
czwartek, 22 grudnia 2011
This is it
Pakowanie czas zaczac. Zdecydowalismy sie. Wracamy. Pojawienie sie Tygrysa zagralo tu decydujaca role. Mlody zasluguje na porzadne, beztroskie dziecinstwo z lazeniem po drzewach, obdzieraniem kolan, jedzeniem kartofli z ogniska, uganianiem sie z dzieciakami sasiadow i rozpieszczaniem przez Dziadkow ("bierz poki mama nie widzi). Tego nie zapewnie mu tutaj.
Bilety kupione, firma przewozowa zorganizowana, teraz pozostaje nam tylko zapakowac owoce 5-letniego zbieractwa w pudla i pudeleczka. Worki prozniowe, dziesiatki pudelek, kilometry szarej tasmy (czemu szarej jak ona brazowa jest) to moja przedswiateczna rzeczywistosc. No i ta moja szczesna nieszczesna bieznia. 100 kilo zywej wagi. Zyczliwi kaza sprzedac, ale ja mowie zdecydowane NIE. To jak pozbyc sie czlonka rodziny. (Nic sie nie martw "malenstwo" znajdziemy ci miejsce w domu).
Tygrys pozostaje niewzruszony na nagle zamieszanie wokol. Odkryl wlasnie ze ma piesc, ktora doskonale nadaje sie do ciamkania, jest dostepna na kazde zawolanie i nikt mu jej nie zabiera. Niech mu bedzie. Przedwczoraj zaliczyl 2 miesiace, prawie podwoil wyjsciowa wage osiagajac 4,1kg i uraczyl mnie pierwszym bezzebnym usmiechem. Cudny jest.
Biegowo jest marnie. Po ostatnim wyskoku przeziebienie meczylo mnie ponad tydzien a tu trzeba uwazac zeby nie przeniesc czegos na Tygrysa. Chwilowo rezerwuje resztki energii na Swiateczne obzarstwo.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Back to Square One
Skonczyly sie wymowki. Pogoda lepsza i tak nie bedzie, pociazowy tluszczyk sam nie spadnie, poszlam zatem pobiegac.
W tutejszych parkach wyznaczono 500m bieznie a na ich trasie zainstalowano male silownie. Maszyny sa pogrupowane po 3 i znajduja sie w 4 roznych punktach.
M spacerowal z Juniorem a ja robilam koleczka z przerwami na cwiczenia na kazdej maszynie. W sumie wyszlo tego 2.5km. Juz zapomnialam jak fajne jest bieganie. Dodatkowe kilogramy i miesiace bezruchu robia jednak roznice. Truchtalam sobie powolutku bo tylko na to starczylo mi sily. A Zatem zaczynam wszystko od początku. Moze to i lepiej, bo wiedzac to co wiem, bede sie starac uniknac starych bledow.
niedziela, 6 listopada 2011
Niecierpliwiec
Tygryski to niecierpliwe chlopaki. I tak moje kudłate szczęście postanowiło pojawic się 5 tygodni wczesniej. 2 dni spedził na intensywnej terapii, ale już od ponad 2 tygodni jest z nami. 2.150 kilo czystego szczęścia.
Tygrys na razie bryka tylko przy przewijaniu. Oprocz tego jego ulubionym zajęciem jest spanie, spanie, spanie i jedzenie.
Powoli uczymy sie siebie nawzajem. Potrafię juz normalnie (w miarę) funkcjonowac spiac po 1-2 godziny na raz.
Pierwsze pytanie do poloznej po pojawieniu sie Tygryska:
- To kiedy mogę zacząc biegac?
wtorek, 2 sierpnia 2011
It’s a boy!
Przeciez powtarzalam od samego poczatku, ze Tygrys to Tygrys I nikt mi nie chcial wierzyc. Pani od USG stwierdzila jednoznacznie, ze to Potomek. Misqu dumny (z Potomki tez by byl, ale wiadomo faceci cos maja z tym dziedzicem i przetrwaniem nazwiska). Majac potwierdzenie dumamy nad imieniem. Chwilowo bez widocznych efektow. Wprawdzie Misqu nadal probuje przemycic Krzysztofa, ale to sie raczej nie zdazy.
Cwiczeniowo zrobilo sie za to dosc aktywnie, zarowno u mnie jak i we mnie. Niedawno probowalam przekonac dziecko zeby w koncu zaczelo kopac, tak teraz grozba i prosba naklaniam Mlodego do zmiany pozycji lub celu kopniakow. Pilkarz maly rosnie i trenuje sobie dzielnie na moim pecherzu, albo tez zapierajac sie gdzies o kregoslup sprawdza o ile da sie rozciagnac mamusiny brzuszek. Wyrobil juz sobie dzienna rutyne i tak pilka nozna w godzinach popoludniowych a rozciaganie i przewroty najchetniej po 22.30 (bo to akurat moja pora spania, wiec raczej oczywiste).
Biegam na zmiane to na joge to na wodny aerobik. I tradycyjnie zaluje ze nie zaczelam wczesniej (zajecia sa dostepne od 12 tygodnia ciazy). No ale zawsze lepiej pozno niz wcale. Joge mam we wtorki po pracy i w sobote rano. Pozycje sa oczywiscie dostosowane do naszego „wyjatkowego” stanu, nic co zbytnio obciaza. Doskonale rozciagaja zmeczone miesnie plecow, wzmacniaja uda, dolne partie brzucha i ramiona (przyda sie do lulania Mlodego pozniej). Uczymy sie tez oddychania i cwiczen, ktore beda pomocne podczas porodu.
Basen w czwartkowy wieczor to calkiem inna zabawa. Juz sama woda cudnie odciaza kregoslup. Instruktorka nie daje nam zadnej taryfy ulgowej i tak po zajeciach ledwie moge ruszac rekami. Juz zapomnialam jakie to przyjemne uczucie - zmeczenie pocwiczebne. Po tygodniu cwiczen czuje sie o wiele bardziej zrelaksowana i pelna energii. Najchetniej poszlabym jeszcze na zwykle plywanie, ale chwilowo nie wiem gdzie je zmiescic. Nie ma opcji bym wstala przed praca (probujemy nalapac snu na zapas przed pojawieniem sie Juniora) a gdybym poszla po pracy to Miska widywalabym tylko jak spi. Wstrzymam sie juz do urlopu macierzynskiego ( jeszcze tylko 77 dni), bo co ja bede robic przez 6 tygodni wolnego? Dziergac sweterki na drutachJ
W sobote odbyl sie 24-godzinny bieg w ktorym tak bardzo chcialam wziac udzial. Znajomi wrocili z mnostwem przezabawnych opowiesci o biegach po ciemku, gubieniu latarek, probach snu pomiedzy okrazeniami. Moze jeszcze kiedys sie uda, moze zorganizuja cos takiego w Polsce? Tak przegladam polskie kalendarium biegowe i brakuje mi tam biegow dla czystej przyjemnosci, zabawy z odrobina szalenstwa. Czyzbysmy naprawde byli tak powaznym narodem, ktorego bieganie dla zabawy a nie pobicia PB w ogole nie interesuje?
czwartek, 7 lipca 2011
Rosniemy
Rosniemy. Nie wiem kto szybciej ja czy Tygrys. Nowy obywatel zaczal juz nawet przejawiac lekkie zniecierpliwienie kurczaca sie powierzchnia mieszkalna. Ehh to nowe pokolenie.
Nie biegam, jak wiadomo, i ciezko mi z tego powodu. Wdrapanie sie na pierwsze pietro wprowadza mnie w stan hiperwentylacji i zipie jak porzadna lokomotywa. Chwilowo to moja jedyna aktywnosci fizyczna. Na szczescie poszukiwania wolnego miejsca na zajeciach jogi dla przyszlych mamusiek zakonczyly sie w koncu owocnie i za 3 tygodnie zaczne wygibaski. Odnosze wrazenie ze przynajmniej pol Londynu jest obecnie w ciazy bo znalezienie miejscowki graniczylo prawie z cudem. Jedne z zajec rozpoczynaja sie dopiero we wrzesniu i juz kilka godzin po zamieszczeniu ogloszenia na ichniej stronie 80% miejscowek bylo zajetych.
Tygrys jest juz posiadaczem pierwszej fury. Sportowej, a jakze. W porywie naglego zacmienia umyslu (tzw: „baby brain: hmm to po co ja w zasadzie chcialam te lampe przestawiac????”) i ferworu aukcyjnego stalam sie szczesliwa posiadaczka baby joggera. Nie jest to Performance, aczkolwiek jego wczesniejsza wersja. Duze, 20calowe kola, bardzo lekki i zwinny, zbyt szybki jak na moja obecna kondycje. Na szczescie oprocz hamulca zaopatrzony jest w szelke do zakladania na nadgarstek, w razie gdyby Tygrysowi wpadlo do glowy pobujanie sie bez mamusi. Trudno na razie mowic o wadach i zaletach jako ze nie mialam mozliwosci wykorzystania go w terenie. Z zauwazalnych wad to na pewno jego dlugosc. Z cala pewnoscia nie bedzie sie nadawal na typowy spacerek po mleko, bo manewr nawrotu zakonczylby sie zrzuceniem towaru z polowy sklepowych polek. Nie mniej jednak jest bardzo latwy do skladania. I na plasko wcale nie zajmuje az tak duzo miejsca.
Ostatnio zaczytuje sie ksiazkami Glenna Domana. Kto by pomyslal, ze nauke czytania mozna zaczac juz u kilkudniowego szkraba? Okazuje sie tez, ze mozna zrobic wiele by zwiekszyc sprawnosc fizyczna malucha oraz ulatwic i przyspieszyc fazy raczkowania i stawiania pierwszych krokow (ksiazka). Juz 18 miesieczne dziecko moze zaczac swoje pierwsze treningi biegowe. Juz widze jak smigamy razem z Juniorem. Nie, nie wiem jeszcze czy to Junior czy Potomka. Chwilowo maluch wydaje sie byc dosc wstydliwy, ale mam nadzieje, ze uda sie namowic go do wspolpracy na USG za 2 tygodnie. Mamusia wie lepiej i tak na 99% twierdze, ze to Junior. A jak Potomka to przez pierwsze miesiace bedzie sie, niestety, na niebiesko/bezowo nosic.
czwartek, 19 maja 2011
Urlopowo
Cudnie jest. Trawa zielona, zaby w pelni sil rechoczacych, sloneczko przyswieca leniwie. Urlopujemy sobie od ponad tygodnia u mamy. Wiadomo, nigdzie czlowiek tak nie wypocznie. Zwlaszcza, ze nie daja mi robic NIC. Okazuje sie ze (wedlug babci) nawet chodze za szybko. Tak wiec zwalniamy. Calymi dniami bujamy sie z Tygrysem, najchetniej na hustawce w ogrodzie, gdzie moge podziwiac pracowite sikorki dokarmiajace swoje male. Juz niedlugo sama taka bede.
Tygrys rosnie jak na drozdzach. Podgladalam go w ubieglym tygodniu i przez 5 dni urosl mi cale 1,5cm. Szalone tempo. Podobno jest juz wielkosci pomaranczki i zaczyna slyszec. Tak wiec prowadze monologi Tygryskowe. Niech sie mlody/a przyzwyczaja do glosu mamusi.
W urlopowa codziennosci wpisaly sie nagle popoludniwe drzemeczki. Cudny wynalazek. Jak tu teraz przekonac szefa zeby mi w biurze jakas sofke ustawil? Bo od poniedzialku wracamy do rzeczywistosci.
Z madrosci babcinych:
- nie mowic do Tygryska Tygrys/Kotecek/Kurczaczek bo sie wlochaty urodzi
- nie chodzic pod sznurami bieliznianymi bo sie dziecko w pepowine zawinie
- nie lapac sie gwaltownie za twarz bo bedzie mialo "myszki"
- nie podnosic rak do gory bo juz nawet nie pamietam jakie to nieszczescie sie przydarzy
- no i nie zapomniec czerwona chustke szalanowke wziac z babcinej komody bo one kiedys kladly noworodkom pod glowke i zadno zoltaczki nie mialo
- i wiele innych podobnych
Stwierdzilam ze rady nalezy ku pamietnosci zapisac, bo o tym to zadna madra ksiazka nie powie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























